Dziesięć córek i jedno niespełnione marzenie – Moja walka o szczęście w cieniu rodzinnych oczekiwań

– Znowu dziewczynka? – głos mojej teściowej przeszył ciszę jak nóż. Stałam przy kuchennym stole, ścierając łzy z policzka, kiedy usłyszałam te słowa. W pokoju obok spała moja najmłodsza, dziewiąta córka, ledwie dwa dni po porodzie. – Anna, ty chyba robisz to specjalnie – dodała teściowa, a jej wzrok był zimny jak lód.

Nie odpowiedziałam. W mojej głowie kłębiły się myśli: „Czy naprawdę jestem winna temu, że nie urodziłam syna? Czy moje córki są mniej warte tylko dlatego, że są dziewczynkami?”

Mój mąż, Janek, siedział przy stole i milczał. Od lat nie potrafił się przeciwstawić matce. Widziałam w jego oczach zmęczenie, ale i rozczarowanie. Każde kolejne dziecko miało być tym wymarzonym synem. Każda ciąża była nadzieją – i każda kończyła się łzami.

Pamiętam dzień, kiedy urodziła się nasza pierwsza córka, Marysia. Byliśmy młodzi, zakochani, pełni planów. Janek tulił mnie do siebie i szeptał: „Najważniejsze, że zdrowa”. Ale już wtedy jego matka powiedziała: „Następnym razem będzie syn”.

Z każdym kolejnym porodem presja rosła. Sąsiedzi szeptali za moimi plecami: „Biedny Janek, tyle dziewczyn… Kto mu pole zaorze? Kto dom przejmie?” Moje córki dorastały w cieniu tych słów. Najstarsza, Marysia, zaczęła zamykać się w sobie. Zosia – druga w kolejności – próbowała być chłopcem: biegała po podwórku z kijem zamiast lalki, ale nawet to nie wystarczało.

Najgorsze były święta. Cała rodzina zjeżdżała się do naszego domu. Teściowa z dumą opowiadała o synach swoich sióstr, którzy już pracują w gospodarstwie. Ja siedziałam cicho, z dziewczynkami przy stole. Czułam się niewidzialna.

Pewnego wieczoru, kiedy dziewczynki już spały, usiadłam na progu domu i spojrzałam w gwiazdy. Przypomniałam sobie swoje marzenia sprzed lat – chciałam zostać nauczycielką, pisać wiersze, podróżować. Ale życie na wsi nie zostawiało miejsca na marzenia. Każdy dzień był taki sam: pranie, gotowanie, opieka nad dziećmi, praca w polu.

– Mamo… – usłyszałam cichy głos Marysi. Usiadła obok mnie i przytuliła się do mojego ramienia. – Dlaczego babcia nas nie lubi?

Zatkało mnie. Jak odpowiedzieć dziecku na takie pytanie? – Babcia… ona po prostu chciałaby mieć wnuka – powiedziałam ostrożnie.

– Ale przecież my też jesteśmy rodziną – szepnęła Marysia.

Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie mogę pozwolić, by moje córki czuły się gorsze tylko dlatego, że są dziewczynkami.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Jankiem. – Janek, musimy coś zmienić. Dziewczynki cierpią przez to wszystko. Ja też już nie daję rady…

Spojrzał na mnie bezradnie. – Co mam zrobić? Matka zawsze taka była…

– Ale to nasza rodzina! To nasze dzieci! – krzyknęłam przez łzy.

Janek spuścił głowę. – Może spróbujemy jeszcze raz… Może tym razem będzie syn…

Poczułam się zdradzona. Czy naprawdę jestem tylko maszyną do rodzenia dzieci? Czy moje pragnienia nic nie znaczą?

Przez kolejne miesiące żyłam jak w letargu. Każdy dzień był walką o przetrwanie – dla siebie i dla moich córek. Zaczęłam pisać pamiętnik. Wylewałam na papier wszystkie swoje żale i marzenia. Pisałam o tym, jak bardzo kocham moje dzieci i jak bardzo boli mnie to, że świat nie potrafi ich docenić.

Któregoś dnia znalazłam ogłoszenie o kursie komputerowym dla kobiet na wsi. Zadrżałam z ekscytacji i strachu jednocześnie. Czy mogę sobie pozwolić na taki luksus? Czy Janek się zgodzi?

Wieczorem zebrałam się na odwagę:
– Janku… Chciałabym zapisać się na kurs komputerowy w gminie. To tylko dwa razy w tygodniu…

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Po co ci to? Masz tyle roboty w domu!

– Chcę zrobić coś dla siebie… Chcę pokazać dziewczynkom, że mogą być kim chcą.

Janek milczał długo.
– Jak chcesz… Ale nie licz na moją pomoc.

To wystarczyło. Zapisałam się na kurs. Każde wyjście z domu było dla mnie jak ucieczka do innego świata. Poznałam inne kobiety z podobnymi problemami – wszystkie miały swoje historie o niespełnionych marzeniach i rodzinnych oczekiwaniach.

Z czasem zaczęłam dorabiać pisaniem tekstów do lokalnej gazety. Moje córki patrzyły na mnie z dumą.
– Mamo, jesteś najlepsza! – wołała Zosia.

Teściowa nadal narzekała:
– Lepiej byś syna urodziła niż te bzdury pisała!

Ale ja już nie słuchałam jej słów. Po raz pierwszy od lat czułam się wolna.

Dziś patrzę na moje córki i widzę silne młode kobiety. Marysia dostała się na studia do Białegostoku, Zosia trenuje piłkę nożną, a najmłodsza Anielka codziennie rysuje nowe obrazki dla całej rodziny.

Czasem zastanawiam się: czy gdybym urodziła syna, byłabym szczęśliwsza? Czy wtedy ktoś doceniłby moje poświęcenie?

Ale wiem jedno: jestem dumna z siebie i moich córek.

Czy naprawdę musimy spełniać cudze oczekiwania, żeby być szczęśliwymi? A może wystarczy po prostu uwierzyć w siebie i swoje marzenia?