Dziesięć córek i jedno marzenie: Moje życie między oczekiwaniami a własnym szczęściem

— Znowu dziewczynka? — głos mojej teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy kuchence, mieszając zupę, gdy usłyszałam te słowa. Moje dłonie zaczęły drżeć, a łzy napłynęły mi do oczu. — Mamo, nie wiem jeszcze… — odpowiedziałam cicho, nie odwracając się. — Ale przecież już dziewięć razy byłaś w ciąży i zawsze to samo. Kiedy wreszcie dasz syna tej rodzinie?

Zamknęłam oczy, czując jak ciężar tych słów przygniata mnie do ziemi. Dziewięć córek. Każda z nich inna, każda wyjątkowa. A jednak dla wszystkich wokół liczyło się tylko jedno: czy w końcu urodzę chłopca.

Mam na imię Anna. Mieszkam w małej wsi pod Lublinem. Mój mąż, Janek, jest rolnikiem, a ja od piętnastu lat jestem przede wszystkim matką. Nasz dom zawsze był pełen śmiechu, płaczu, kłótni i pojednań. Ale od kiedy urodziła się trzecia córka, zaczęły się szepty: „Może następnym razem będzie syn…” Potem czwarta, piąta, szósta… Każda kolejna ciąża była dla mnie coraz większym stresem.

— Anka, nie przejmuj się nimi — mówił Janek, gdy wieczorami płakałam w poduszkę. — Dzieci to dzieci. Ważne, żeby były zdrowe.

Ale nawet on czasem patrzył na mnie z tym dziwnym błyskiem w oku, gdy sąsiad Staszek chwalił się swoim synem, który już pomagał mu w polu.

Najgorsze były święta. Cała rodzina zjeżdżała się do nas. Siedzieliśmy przy stole, a rozmowy zawsze schodziły na temat dzieci.

— Dziesiąta ciąża? To już chyba musi być chłopak! — śmiała się ciotka Zosia.

— A jak znowu dziewczynka? — dopytywała babcia.

Czułam się wtedy jak klacz rozpłodowa, której zadaniem jest dać rodzinie upragnionego ogiera. Nikt nie pytał, czy jestem zmęczona, czy boję się o zdrowie. Nikt nie widział moich łez w nocy, gdy tuliłam najmłodszą Hanię do piersi i zastanawiałam się, czy dam radę jeszcze raz przejść przez poród.

Moje córki są moim światem. Każda z nich ma inne marzenia: Marysia chce być lekarką, Ola malarką, a Basia marzy o podróżach po świecie. Często siadam z nimi wieczorami na ganku i słucham ich opowieści. Wtedy czuję dumę i szczęście. Ale wystarczy jedno spojrzenie sąsiadki albo kolejne pytanie o syna, by cała ta radość ulotniła się jak dym.

Najbardziej boli mnie to, że nawet moje dziewczynki zaczynają czuć się niewystarczające.

— Mamo, czy ty naprawdę chcesz mieć syna? — zapytała mnie kiedyś cicho Kasia.

Zatkało mnie. Przytuliłam ją mocno i wyszeptałam: — Kocham was wszystkie tak samo. Jesteście moim największym skarbem.

Ale czy sama w to wierzyłam? Czy gdzieś głęboko nie pragnęłam tego chłopca? Nie dla siebie — dla spokoju sumienia, dla świętego spokoju w rodzinie.

W dniu badania USG serce waliło mi jak młot. Janek trzymał mnie za rękę, ale czułam jego napięcie.

— No i co? — zapytał lekarz z uśmiechem.

— Jeszcze nie wiadomo… — odpowiedziałam drżącym głosem.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Wieczorem Janek usiadł obok mnie na łóżku.

— Anka… Ja naprawdę nie chcę cię ranić. Ale… może to już ostatni raz?

Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Czy to znaczyło, że jeśli nie będzie syna, przestanę być „dobra” żoną? Czy będziemy umieli pokochać kolejną dziewczynkę tak samo?

Kolejne tygodnie mijały w napięciu. Córki pomagały mi w domu, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że patrzę na nie z żalem — jakby były winne temu, że nie są chłopcami.

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka Ewa.

— Anka, nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza. Ja mam dwóch synów i co z tego? Jeden pije, drugi wyjechał do Anglii i nawet nie dzwoni. A twoje dziewczyny zawsze ci pomogą.

Te słowa zapadły mi głęboko w serce. Może rzeczywiście za bardzo przejmuję się tym, co mówią inni?

Nadszedł dzień kolejnego USG. Lekarz spojrzał na mnie z uśmiechem:

— Gratulacje! Będzie… dziewczynka!

Poczułam łzy napływające do oczu. Tym razem jednak nie były to łzy smutku. Spojrzałam na Janka — uśmiechnął się blado i przytulił mnie mocno.

Wieczorem zebrałam wszystkie córki wokół siebie.

— Dziewczynki… Będziecie miały kolejną siostrzyczkę.

Zapanowała cisza, a potem wybuchła radość. Marysia podskoczyła do góry:

— Super! Będziemy miały własną drużynę siatkówki!

Śmiałam się przez łzy razem z nimi. Po raz pierwszy od lat poczułam ulgę i spokój.

Dziś wiem jedno: nigdy nie spełnię wszystkich oczekiwań innych ludzi. Ale mogę być szczęśliwa z tym, co mam. Moje córki są moją siłą i dumą.

Czasem zastanawiam się tylko: dlaczego tak trudno nam zaakceptować to, co daje nam los? Czy naprawdę warto poświęcać własne szczęście dla cudzych oczekiwań?