Dzień, w którym nie otworzyłem drzwi wnukom – wyznanie dziadka, który miał dość
– Tato, otwórzcie! To my! – głos mojej córki, Magdy, rozbrzmiewał za drzwiami z tą samą nutą niecierpliwości, którą pamiętałem z jej dzieciństwa. Obok niej słyszałem śmiechy Antka i Zosi, moich wnuków. Zawsze czekałem na te odgłosy – jeszcze tydzień temu wydawały mi się najpiękniejszą muzyką świata. Dziś jednak siedziałem z żoną w kuchni, patrząc na siebie nawzajem w milczeniu, jakbyśmy oboje bali się wykonać choćby najmniejszy ruch.
– Może powinniśmy… – zaczęła cicho Maria, moja żona, ale przerwałem jej ruchem ręki.
– Nie. Dziś nie dam rady – wyszeptałem. – Po prostu nie dam rady.
Dzwonek zadźwięczał jeszcze raz, potem jeszcze jeden. W końcu ucichło. Słyszałem oddalające się kroki i czułem, jak serce wali mi w piersi. W tej ciszy było coś przerażającego – coś, co sprawiało, że chciałem krzyczeć i płakać jednocześnie.
Nie zawsze tak było. Przez lata byłem tym dziadkiem, który zawsze miał czas. Kiedy Magda wróciła do pracy po urodzeniu Antka, to ja z Marią przejęliśmy opiekę nad wnukami. Każdy dzień był wypełniony śmiechem, zabawami, gotowaniem zupki dla Zosi i czytaniem bajek Antkowi. Byliśmy dumni, że możemy pomóc. Ale z czasem ta pomoc stała się obowiązkiem – czymś oczywistym dla wszystkich oprócz nas.
– Tato, możesz dziś odebrać dzieci z przedszkola? – pytała Magda niemal codziennie.
– Oczywiście – odpowiadałem zawsze. Nawet wtedy, gdy bolały mnie plecy albo miałem umówioną wizytę u lekarza.
Z czasem przestałem mieć swoje życie. Maria też. Nasze dni były podporządkowane rytmowi wnuków: śniadanie, przedszkole, obiad, zabawa, bajka na dobranoc. Kiedyś wieczorami chodziliśmy na spacery albo spotykaliśmy się ze znajomymi. Teraz wieczory spędzaliśmy na kanapie, zmęczeni do granic możliwości.
Pamiętam dzień, w którym Maria powiedziała: – Czuję się jak opiekunka na pełen etat. Nie mam już siły.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem: a co jeśli powiemy „nie”? Co jeśli postawimy siebie na pierwszym miejscu?
Ale poczucie winy było silniejsze niż zmęczenie. Przecież to nasze wnuki! Kochamy je nad życie! Jak moglibyśmy odmówić?
Aż do dzisiaj.
Dziś obudziłem się z bólem głowy i ciężarem na sercu. Maria płakała w łazience – myślała, że nie słyszę. Wiedziałem, że musimy coś zmienić. Kiedy zadzwoniła Magda i powiedziała: – Przyjedziemy na chwilę z dziećmi! – poczułem panikę. Nie chciałem ich widzieć. Nie dziś.
Kiedy dzwonek zadźwięczał po raz pierwszy, serce mi ścisnęło. Kiedy zadźwięczał po raz drugi – poczułem ulgę i strach jednocześnie.
Po ich odejściu siedzieliśmy długo w ciszy.
– Myślisz, że się obrażą? – zapytała Maria cicho.
– Nie wiem… Może tak… Ale nie możemy już dłużej tak żyć.
Wieczorem zadzwoniła Magda.
– Tato… byliśmy pod waszymi drzwiami. Dlaczego nie otworzyliście?
Słyszałem w jej głosie rozczarowanie i złość.
– Przepraszam, Magdo… Po prostu… potrzebowaliśmy dziś spokoju.
– Spokoju? Myślałam, że chcecie widywać wnuki! One były takie smutne…
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czy bycie dziadkiem oznacza rezygnację z siebie? Czy miłość do rodziny musi oznaczać poświęcenie aż do bólu?
Następnego dnia Magda nie zadzwoniła. Ani kolejnego. W domu panowała cisza – taka sama jak wtedy, gdy dzieci wyprowadziły się z domu. Tylko tym razem była to cisza pełna żalu i niepokoju.
Maria chodziła po mieszkaniu jak cień. Ja próbowałem czytać gazetę, ale litery rozmazywały mi się przed oczami.
Po tygodniu Magda przyszła sama.
– Chciałam porozmawiać – powiedziała bez powitania.
Usiedliśmy przy stole. Milczenie ciążyło nam wszystkim.
– Dlaczego nie powiedzieliście wcześniej, że jesteście zmęczeni? – zapytała w końcu Magda.
– Bo baliśmy się cię zranić… Bo baliśmy się być egoistami…
Magda spuściła wzrok.
– Myślałam, że lubicie spędzać czas z dziećmi…
– Kochamy je nad życie – odpowiedziała Maria łamiącym się głosem. – Ale jesteśmy już starzy… Potrzebujemy też czasu dla siebie.
Magda długo milczała.
– Przepraszam… Nie pomyślałam o tym…
Przez chwilę miałem nadzieję, że wszystko wróci do normy. Ale nic już nie było takie samo. Wnuki przychodziły rzadziej. Magda była bardziej ostrożna w rozmowach ze mną i Marią. Czułem ulgę… i pustkę jednocześnie.
Czasem siedzę wieczorami przy oknie i patrzę na plac zabaw pod blokiem. Widzę tam inne dzieci z dziadkami – śmieją się, bawią w piaskownicy. Zastanawiam się wtedy: czy zrobiłem dobrze? Czy można kochać rodzinę i jednocześnie dbać o siebie?
Może to właśnie jest najtrudniejsze w starości: nauczyć się mówić „nie”, nawet jeśli serce krzyczy „tak”.
Czy ktoś z was też musiał kiedyś wybrać między sobą a rodziną? Czy można być dobrym dziadkiem i jednocześnie nie zatracić siebie?