Dług mojej matki, mój krzyż: Historia, której nigdy nie chciałam odziedziczyć

– Łucja, nie uciekaj od rozmowy! – głos mamy odbijał się echem po ciasnej kuchni, w której zapach starej kawy mieszał się z wonią wilgotnych ścian. Stałam przy oknie, patrząc na szare podwórko, gdzie dzieci sąsiadów grały w piłkę, jakby świat nie miał żadnych problemów. Miałam wtedy dwadzieścia siedem lat i czułam się, jakbym miała sto.

– Mamo, ile jeszcze? Ile razy mam słuchać tych samych obietnic? Że już ostatni raz pożyczasz, że już się ogarniesz? – mój głos drżał, ale nie ze złości. Z bezsilności.

Mama spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem – zmęczonym, trochę nieobecnym, a trochę błagalnym. – Łucja, ja naprawdę próbuję. Ale wiesz, jak jest… Tata zostawił nas z niczym, a ja… Ja tylko chciałam, żebyś miała lepiej.

Zacisnęłam pięści. Ile razy słyszałam tę historię? Tata odszedł, gdy miałam dziesięć lat. Zostawił nas z długami i niespłaconym kredytem na mieszkanie w bloku na warszawskim Bródnie. Mama próbowała sobie radzić – najpierw sprzątanie u sąsiadki, potem praca w sklepie spożywczym. Ale zawsze coś szło nie tak. A to choroba, a to nieuczciwy pracodawca, a to kolejna pożyczka na „chwilowe” wydatki.

Kiedy miałam osiemnaście lat, dostałam pierwsze pismo z sądu – wezwanie do zapłaty za długi mamy. Wtedy dowiedziałam się, że jestem jej współdłużniczką. Podpisała coś za mnie, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. „Dla twojego dobra” – tłumaczyła potem. Przez lata próbowałam to rozgryźć: czy to była miłość czy egoizm?

W domu ciągle były kłótnie. Babcia powtarzała: – Twoja matka zawsze miała lekką rękę do pieniędzy. Ale ty, Łucja, jesteś inna. Ty sobie poradzisz.

Ale czy naprawdę byłam inna? Każda moja decyzja była podszyta strachem. Bałam się wziąć kredyt na studia, bałam się kupić nowy telefon na raty. Bałam się nawet zakochać – bo kto chciałby być z dziewczyną z takim bagażem?

Mój brat Michał wyprowadził się do Gdańska zaraz po maturze. Zerwał kontakt z mamą i ze mną też rozmawiał rzadko. – Nie dam się wciągnąć w ten cyrk – powiedział mi kiedyś przez telefon. – Ty też powinnaś uciec.

Ale ja nie potrafiłam. Czułam się odpowiedzialna za mamę. Za jej błędy, za jej smutki, za jej samotność. Pracowałam na dwa etaty – rano w biurze rachunkowym, wieczorami dorabiałam jako korepetytorka matematyki. Każda złotówka była na wagę złota.

Pewnego dnia dostałam telefon od komornika. – Pani Łucjo, musimy porozmawiać o zaległościach… – głos był uprzejmy, ale stanowczy. Zamarłam. To był moment, kiedy poczułam, że tonę.

Wieczorem wybuchłam przy mamie:
– Nie mogę tak żyć! Nie mogę być twoim ratownikiem przez całe życie!
– Ale ja nie mam nikogo innego… – szepnęła mama i rozpłakała się.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam ją naprawdę bezbronną. Nie jak matkę-wojowniczkę, która zawsze znajdzie wyjście z sytuacji, tylko jak małą dziewczynkę zagubioną w świecie dorosłych problemów.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Każdy list ze skrzynki przyprawiał mnie o dreszcze. Michał zadzwonił raz:
– Łucja, musisz postawić granicę. Inaczej nigdy nie będziesz wolna.
– A jeśli ona sobie nie poradzi? Jeśli coś sobie zrobi? – zapytałam cicho.
– To nie jest twoja odpowiedzialność – odpowiedział twardo.

Ale jak miałam w to uwierzyć? Przecież to była moja mama.

Pewnego wieczoru wróciłam do domu i zobaczyłam ją siedzącą przy stole z butelką taniego wina i stosem rachunków przed sobą.
– Przegrałam wszystko, Łucja – powiedziała bez emocji. – Może lepiej by było… gdyby mnie nie było.

Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem. Po raz pierwszy od lat płakałyśmy razem.

Następnego dnia poszłyśmy razem do poradni psychologicznej dla rodzin zadłużonych. To był początek czegoś nowego – nie lepszego od razu, ale innego. Mama zaczęła terapię uzależnień od hazardu i zakupów. Ja nauczyłam się mówić „nie” i prosić o pomoc.

Nie było łatwo. Rodzina patrzyła na nas jak na trędowate. Babcia przestała przychodzić na święta. Michał długo nie odpisywał na moje wiadomości.

Ale powoli zaczęłyśmy odbudowywać nasze życie na nowych zasadach. Spłaciłyśmy część długów dzięki programowi oddłużeniowemu. Znalazłam pracę w fundacji pomagającej osobom w kryzysie finansowym – tam poznałam ludzi z podobnymi historiami.

Czasem budzę się w nocy zlękniona, że wszystko wróci do punktu wyjścia. Ale potem przypominam sobie tamten wieczór przy stole i wiem, że już nigdy nie będę sama z tym ciężarem.

Czy można kochać kogoś i jednocześnie postawić mu granice? Czy lojalność wobec rodziny zawsze musi oznaczać rezygnację z siebie? Czasem myślę: ile z nas niesie cudze krzyże przez całe życie i kiedy wreszcie nauczymy się je odkładać?