„Co za bezczelna rodzina! Pakuj się, wracamy do domu. Nigdy tu nie wrócę.” – Wizyta, która zmieniła wszystko
– Co za bezczelna rodzina! Pakuj się, wracamy do domu. Nigdy tu nie wrócę – syknęłam przez zaciśnięte zęby, ledwo powstrzymując łzy. Stałam w korytarzu domu teściów, ściskając kurtkę naszej córki, a w głowie dudniły mi jeszcze słowa, które padły kilka minut wcześniej przy stole.
To miała być zwykła niedziela. Zwykły obiad u teściów w Zabrzu, jak co miesiąc. Mąż, Tomek, przekonywał mnie, że tym razem będzie spokojnie, że mama już się uspokoiła po ostatniej sprzeczce o wychowanie naszej Hani. Ale już od progu czułam napięcie – teściowa, pani Grażyna, ledwo skinęła mi głową, a teść, pan Marian, nawet nie oderwał wzroku od telewizora.
Usiedliśmy do stołu. Barszcz był przesolony, ale nikt nie śmiał tego powiedzieć. Hania bawiła się łyżką, a ja próbowałam rozluźnić atmosferę żartem o przedszkolu. Wtedy Grażyna spojrzała na mnie z wyższością:
– Może gdybyś mniej pracowała, a więcej zajmowała się dzieckiem, Hania nie byłaby taka nieśmiała.
Zamarłam. Tomek spuścił wzrok. Przez chwilę miałam nadzieję, że zareaguje, ale milczał. Poczułam, jak narasta we mnie gniew.
– Przepraszam bardzo, ale chyba nie pani będzie mi mówić, jak mam wychowywać własne dziecko – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo.
Grażyna tylko prychnęła.
– Kiedyś dzieci były grzeczne i słuchały rodziców. Teraz to tylko telefony i bajki. I jeszcze ta twoja praca… Kobieta powinna być w domu!
Wtedy do rozmowy włączył się pan Marian:
– Daj spokój, Grażyna. Każdy żyje jak chce.
Ale Grażyna nie odpuszczała:
– A ty zawsze ją bronisz! Jakbyś własnej córki nie miał!
Wtedy z kuchni wyszła szwagierka, Anka. Zawsze była ulubienicą teściowej – perfekcyjna pani domu, dwójka dzieci, mąż inżynier. Spojrzała na mnie z politowaniem:
– Może rzeczywiście powinnaś trochę zwolnić w pracy? Hania często jest u nas smutna.
Poczułam się osaczona. Jakby wszyscy naraz postanowili mnie oceniać. Spojrzałam na Tomka – siedział cicho, dłubiąc widelcem w ziemniakach.
– Tomek? – szepnęłam błagalnie.
Podniósł wzrok i tylko wzruszył ramionami.
Wtedy coś we mnie pękło.
– Wiecie co? Mam dość! Nie będę tu siedzieć i słuchać, jak mnie krytykujecie! – podniosłam głos. – Jeśli macie coś do mnie, powiedzcie to wprost!
Grażyna spojrzała na mnie lodowato:
– Skoro nie potrafisz przyjąć konstruktywnej krytyki…
– To nie jest krytyka! To jest zwykłe poniżanie! – przerwałam jej drżącym głosem.
Hania zaczęła płakać. Tomek zerwał się z krzesła i próbował ją uspokoić.
– Mamo, proszę cię… – zaczął niepewnie.
Ale Grażyna już była w swoim żywiole:
– Widzisz? Nawet dziecko czuje twoje nerwy! Może gdybyś była bardziej opanowana…
Nie wytrzymałam. Wstałam gwałtownie, przewracając krzesło.
– Pakuj się, wracamy do domu! – rzuciłam do Tomka i Hani.
W korytarzu próbowałam się uspokoić, ale łzy same płynęły mi po policzkach. Słyszałam jeszcze podniesione głosy za plecami:
– Zawsze musisz robić sceny! – krzyczała Grażyna.
– Daj jej spokój! – próbował uciszyć ją pan Marian.
– Tomek, zrób coś w końcu! – Anka dorzuciła swoje trzy grosze.
Tomek wyszedł za mną na ganek. Stał przez chwilę w milczeniu.
– Przepraszam… – powiedział cicho.
Spojrzałam na niego przez łzy:
– Dlaczego nigdy mnie nie bronisz? Dlaczego zawsze stoisz po ich stronie?
Zawahał się.
– To moja rodzina… Nie chcę robić awantur…
Poczułam się zdradzona. Jakby ktoś wyrwał mi serce i rzucił na bruk.
Wróciliśmy do domu w ciszy. Hania zasnęła w samochodzie ze łzami na policzkach. Ja patrzyłam przez okno na mijające bloki i zastanawiałam się, czy nasze małżeństwo ma jeszcze sens.
Wieczorem Tomek próbował rozmawiać:
– Może przesadzili… Ale oni tacy są. Musisz się przyzwyczaić.
– Nie muszę! – wybuchłam. – Nie będę pozwalać się poniżać tylko dlatego, że są twoją rodziną!
Przez kolejne dni unikaliśmy rozmów o tej wizycie. Czułam się samotna jak nigdy dotąd. W pracy udawałam uśmiechniętą, ale w środku wszystko mnie bolało.
Po tygodniu zadzwoniła Grażyna:
– No i co? Obraziłaś się na całą rodzinę?
Rozłączyłam się bez słowa.
Tomek coraz częściej wychodził z domu. Czułam, że oddalamy się od siebie z każdym dniem.
Któregoś wieczoru usiadłam przy stole i napisałam list do Tomka:
„Nie wiem już, czy potrafię być częścią tej rodziny. Kocham cię, ale nie chcę być wiecznie oceniana i upokarzana. Jeśli nie potrafisz mnie bronić przed własną matką, to chyba nie rozumiesz, co znaczy być mężem.”
Zostawiłam list na stole i poszłam spać do Hani.
Rano Tomek długo siedział przy kuchennym stole. W końcu przyszedł do mnie i powiedział:
– Masz rację. Muszę coś zmienić. Nie chcę cię stracić.
Nie wiem jeszcze, czy mu wierzę. Ale wiem jedno: nigdy więcej nie pozwolę nikomu przekraczać moich granic.
Czy można wybaczyć rodzinie, która rani najbliższych? Czy lojalność wobec bliskich powinna oznaczać rezygnację z własnej godności? Co wy byście zrobili na moim miejscu?