Bratowa Octavia i moja nocna zmora: Jak jeden podpis zmienił moje życie w koszmar

– Michał, musisz mi pomóc. – głos Marka drżał, jakby zaraz miał się rozpłakać. – Nie mam nikogo innego. Proszę cię, przepisz na siebie Octavię. To tylko formalność, na kilka miesięcy, aż rozwód z Anką się skończy.

Siedziałem wtedy w kuchni, patrząc przez okno na szarą, listopadową Warszawę. W ręku ściskałem kubek z zimną już kawą. W głowie miałem mętlik – przecież Marek zawsze był tym, który sobie radził. To ja byłem tym młodszym, mniej zaradnym bratem. Ale teraz to on prosił o pomoc.

– Marek, a co jeśli coś pójdzie nie tak? – zapytałem cicho, choć wiedziałem, że i tak się zgodzę. Rodzina to rodzina.

– Nic się nie stanie, Michał! Przecież mnie znasz. To tylko papierologia. Anka chce mi zrobić na złość i zabrać wszystko, nawet samochód. Ty jesteś czysty, nie mają do ciebie żadnych pretensji. Proszę cię…

Podpisałem papiery tydzień później. W urzędzie komunikacji czułem się jak oszust, choć przecież nie robiłem nic złego. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Pierwsze miesiące były spokojne. Marek mieszkał u mnie na kanapie, wieczorami piliśmy piwo i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Anka dzwoniła coraz rzadziej, a kiedy już dzwoniła, krzyczała przez telefon tak głośno, że słyszałem ją nawet w drugim pokoju.

A potem przyszły pierwsze listy. Najpierw mandat za przekroczenie prędkości pod Radomiem – 400 złotych. Potem wezwanie do zapłaty OC – 1200 złotych. Marek tylko machał ręką.

– Spokojnie, Michał, wszystko ogarnę. To tylko chwilowe.

Ale chwilowe zamieniło się w miesiące. Potem przyszło pismo z komornika – 8 tysięcy długu za nieopłacone raty leasingowe. Moje nazwisko, mój adres.

– Marek! Co ty narobiłeś?! – wrzeszczałem na niego pierwszy raz w życiu. – Przecież miałeś płacić!

– Nie rozumiesz! Anka zabrała mi wszystko! Nie mam z czego! Ale to się ułoży…

Nie układało się. Z pracy wyleciałem przez spóźnienia i wieczne telefony od windykatorów. Mama płakała przez telefon:

– Michałku, dlaczego ty zawsze musisz być taki dobry? Zawsze wszystko bierzesz na siebie…

Ojciec milczał. Widziałem w jego oczach rozczarowanie podczas świąt, kiedy Marek nawet nie przyjechał.

W końcu sam zostałem z długami i samochodem, którego nie mogłem sprzedać ani oddać – bo formalnie był mój, ale Marek ciągle nim jeździł gdzieś po Polsce.

Przyjaciele zaczęli się ode mnie odsuwać. „Nie pożyczaj mu pieniędzy” – szeptali sobie za plecami. „On ma jakieś dziwne sprawy z bratem”.

Pewnego wieczoru zadzwoniła Anka.

– Michał… wiem, że to nie twoja wina. Ale Marek… on mnie zdradzał przez lata. Teraz zostawił mnie z dziećmi i długami. Ty też jesteś jego ofiarą.

Siedziałem w ciemności, słuchając jej łamiącego się głosu. Po raz pierwszy poczułem coś więcej niż złość – poczułem żal i bezsilność.

Marek zniknął na kilka miesięcy. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na wiadomości. Komornik przyszedł do mojego mieszkania i zabrał telewizor oraz komputer – wszystko na poczet długu za Octavię.

Mama przestała dzwonić tak często. Ojciec patrzył na mnie z mieszaniną smutku i gniewu.

W końcu Marek pojawił się niespodziewanie pod moimi drzwiami.

– Michał… przepraszam. Spieprzyłem wszystko. Ale nie miałem nikogo innego…

Nie odpowiedziałem mu wtedy nic. Po prostu zamknąłem drzwi.

Dziś minęły już trzy lata od tamtych wydarzeń. Długi spłacam do dziś, choć Octavia dawno już została sprzedana przez komornika za bezcen. Z Markiem nie rozmawiamy od miesięcy.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto zawsze pomagać rodzinie? Czy lojalność wobec bliskich powinna mieć swoje granice? A może po prostu jestem naiwny i sam sobie jestem winien?