Babka powiedziała, że dom przepisała komuś innemu: Czy lojalność naprawdę ma znaczenie?

– Iwona, muszę ci coś powiedzieć – głos babci Anny drżał, gdy siedziałyśmy przy kuchennym stole, a zegar na ścianie wybijał dziewiętnastą. W powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzonej herbaty i ciasta drożdżowego, które piekłyśmy razem od lat. Ale tego wieczoru wszystko smakowało inaczej – jakby świat miał się zaraz rozpaść.

– Co się stało, babciu? – zapytałam, czując niepokój ściskający mi żołądek.

– Dom… już nie jest nasz. Przepisałam go komuś innemu – powiedziała cicho, unikając mojego wzroku.

Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Słowa babci odbijały się echem w mojej głowie. Dom, w którym dorastałam, gdzie świętowaliśmy każde Boże Narodzenie, gdzie płakałam po pierwszym zawodzie miłosnym i gdzie zawsze czułam się bezpiecznie – miał należeć do kogoś obcego?

– Komu? – wyszeptałam, choć bałam się odpowiedzi.

– Pani Marii. Opiekowała się mną przez ostatnie miesiące, kiedy was nie było… – głos babci zadrżał jeszcze bardziej.

Poczułam, jak narasta we mnie złość i rozczarowanie. Przecież byłam przy niej zawsze, odkąd pamiętam! To ja robiłam zakupy, gotowałam obiady, sprzątałam po niej, kiedy już nie miała siły. Darek? On wpadał tylko na święta, zawsze z prezentem i szerokim uśmiechem, a potem znikał na kolejne miesiące.

Wybiegłam z kuchni i zatrzasnęłam za sobą drzwi do swojego pokoju. Siedziałam na łóżku, zaciskając pięści. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy to wszystko było na nic? Czy miłość i oddanie naprawdę nic nie znaczą?”

Następnego dnia zadzwoniłam do Darka. Odebrał po kilku sygnałach.

– Cześć, siostra! Co tam u was?

– Babcia przepisała dom jakiejś obcej kobiecie! – wyrzuciłam z siebie bez powitania.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Żartujesz? Przecież to nasz dom! – wykrzyknął w końcu Darek.

– Właśnie już nie. Podobno pani Maria była przy niej, kiedy nas nie było. – Głos mi się załamał.

– Musimy coś z tym zrobić. Jadę do was jutro.

Wieczorem usiadłam z babcią jeszcze raz. Patrzyła na mnie smutnymi oczami.

– Wiem, że jesteś zła. Ale byłam wtedy bardzo samotna. Ty miałaś pracę, Darek swoje sprawy… Maria była jedyną osobą, która codziennie pytała, jak się czuję.

– Ale ja przecież zawsze byłam! – krzyknęłam przez łzy. – Może nie codziennie, ale robiłam wszystko, co mogłam!

Babcia spuściła głowę.

– Czasem obecność to nie tylko fizyczność… To rozmowa, zainteresowanie. Ty byłaś zmęczona życiem, a ja potrzebowałam kogoś, kto mnie wysłucha bez pośpiechu.

Słowa babci bolały bardziej niż jej decyzja. Czy naprawdę byłam aż tak ślepa na jej potrzeby?

Następnego dnia Darek zjawił się w domu jak burza. Od razu poszedł do babci.

– Babciu, to nie fair! Przecież to nasz dom! Zawsze mówiłaś, że zostanie w rodzinie!

Babcia spojrzała na niego surowo:

– A kiedy ostatni raz byłeś tu bez okazji? Kiedy zapytałeś mnie o zdrowie? Nie chodzi o dom… chodzi o to, kto naprawdę był przy mnie.

Darek spuścił wzrok. Po raz pierwszy widziałam go takiego zagubionego.

Wieczorem usiedliśmy razem w salonie. Atmosfera była gęsta od niewypowiedzianych pretensji i żalu.

– Może powinniśmy porozmawiać z tą Marią – zaproponowałam cicho.

Babcia skinęła głową.

Pani Maria przyszła następnego dnia. Była starszą kobietą o łagodnych oczach i ciepłym uśmiechu.

– Rozumiem wasz ból – powiedziała spokojnie. – Ale Anna była dla mnie jak matka. Nie chciałam niczego dla siebie… Ona sama nalegała na ten zapis. Jeśli chcecie, możemy porozmawiać o tym wszystkim razem.

Rozmowa trwała kilka godzin. Okazało się, że pani Maria rzeczywiście była przy babci w najtrudniejszych chwilach – kiedy miała atak serca i kiedy bała się zasypiać sama w pustym domu. My byliśmy wtedy zajęci własnym życiem.

Po tej rozmowie poczułam się jeszcze gorzej. Zrozumiałam, że moja obecność była tylko połowiczna – fizyczna, ale nie emocjonalna. Darek płakał po cichu w swoim pokoju.

Minęły tygodnie pełne napięcia i milczenia. Babcia coraz częściej chorowała. Pewnego wieczoru poprosiła mnie do siebie.

– Iwona… Wiem, że cię zraniłam. Ale chciałam ci pokazać coś ważnego: rodzina to nie tylko więzy krwi czy majątek. To troska i obecność wtedy, gdy najbardziej tego potrzebujemy.

Przytuliłam ją mocno, czując łzy spływające po policzkach.

Babcia odeszła kilka miesięcy później. Dom rzeczywiście przeszedł na panią Marię. Ale ona zaprosiła nas do siebie na Wigilię i powiedziała:

– Ten dom zawsze będzie dla was otwarty. Anna by tego chciała.

Dziś wiem jedno: dom to nie mury ani testamenty. To ludzie i wspomnienia, które nosimy w sercu.

Czy naprawdę potrafimy być obecni dla tych, których kochamy? Czy doceniamy ich zanim będzie za późno?