Mój teść wyjada nam z lodówki: Czy rodzina ma granice?

— Marek, znowu nie ma mleka! — krzyknęła Ania z kuchni, trzaskając drzwiczkami lodówki.

Zerwałem się z kanapy, czując w żołądku znajome ukłucie irytacji. Wiedziałem, co zaraz usłyszę. Wiedziałem też, że nie powiem tego, co naprawdę myślę. Bo jak powiedzieć żonie, że jej ojciec, pan Józef, od trzech miesięcy traktuje nasz dom jak własny pensjonat?

— Może zapomniałem kupić — mruknąłem, choć doskonale pamiętałem, jak wczoraj wieczorem wstawiałem do lodówki świeże mleko. I ser. I szynkę. Wszystko zniknęło.

Ania spojrzała na mnie bezradnie. — Może tata… — zaczęła, ale urwała. Oboje wiedzieliśmy. Odkąd pan Józef przeszedł na emeryturę i jego żona wyjechała do sanatorium, coraz częściej „wpadał” do nas na kawę. Potem na obiad. Potem na kolację. Aż w końcu zaczął zostawać na noc.

Początkowo czułem się nawet dumny, że mogę mu pomóc. W końcu to jej ojciec. Ale kiedy po raz kolejny znalazłem puste opakowanie po moim ulubionym serze i resztki kiełbasy, które zostawił „na później”, poczułem się jak intruz we własnym domu.

Najgorsze były te ciche poranki. Schodziłem do kuchni i widziałem go przy stole: w szlafroku, z gazetą i kubkiem mojej kawy. — Dzień dobry, Mareczku — mówił z uśmiechem, jakby to on był gospodarzem.

Z czasem zaczęły się drobne konflikty. Ania coraz częściej była rozdrażniona. Ja coraz częściej wychodziłem z domu pod pretekstem pracy. A pan Józef? Zachowywał się tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku.

Pewnego wieczoru nie wytrzymałem.

— Aniu, musimy pogadać — powiedziałem cicho, gdy usłyszałem chrapanie teścia z salonu.

Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.

— Wiem, Marek. Wiem… Ale co mam zrobić? To mój tata. Sam jest teraz… taki samotny.

— Ale my też jesteśmy rodziną! — podniosłem głos bardziej niż chciałem. — Nie mam już siły udawać, że wszystko jest okej! On… on nawet nie pyta, czy może zostać na noc! Po prostu zostaje!

Ania spuściła wzrok.

— Boję się mu powiedzieć… On zawsze był taki dumny. Nie chcę go zranić.

— A mnie? — zapytałem gorzko. — Mnie już nie można zranić?

Zapadła cisza. Tylko zegar tykał głośniej niż zwykle.

Następnego dnia postanowiłem porozmawiać z panem Józefem. Siedział przy stole i smarował sobie kanapkę ostatnim plasterkiem szynki.

— Panie Józefie… — zacząłem niepewnie.

Spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi.

— Tak?

— Chciałem… Chciałem zapytać, czy nie lepiej byłoby… może… wrócić do siebie? Albo przynajmniej… — Zabrakło mi słów.

Przez chwilę patrzył na mnie uważnie. W jego oczach zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem: smutek i wstyd.

— Przeszkadzam wam? — zapytał cicho.

Zaniemówiłem. Chciałem powiedzieć: „Nie o to chodzi”, ale przecież właśnie o to chodziło.

— Po prostu… czasem potrzebujemy trochę prywatności — wydukałem.

Pan Józef odłożył kanapkę i wstał powoli od stołu.

— Przepraszam, Marek. Nie chciałem być ciężarem.

Tego dnia spakował swoje rzeczy i wrócił do siebie. Ania płakała całą noc. Ja czułem ulgę zmieszaną z poczuciem winy.

Minęły tygodnie. Nasze życie wróciło do normy, ale coś się zmieniło. Ania była zamyślona, ja unikałem rozmów o jej ojcu. Czułem się jak zdrajca.

Pewnego popołudnia zadzwonił telefon. To był pan Józef.

— Marek… Chciałem ci podziękować. Dzięki tej rozmowie zrozumiałem, że muszę nauczyć się być sam ze sobą. Ale jeśli kiedyś będziesz potrzebował pomocy… pamiętaj, że jestem.

Odetchnąłem z ulgą i poczułem łzy pod powiekami.

Dziś wiem jedno: rodzina to nie tylko miłość i wsparcie. To także granice, które trzeba umieć postawić — nawet jeśli boli.

Czy można być dobrym synem i jednocześnie bronić swojego domu? Gdzie kończy się obowiązek wobec bliskich, a zaczyna prawo do własnego życia?