Cień na skraju wsi – historia Anny z domu na końcu świata

— Znowu ktoś kręci się pod twoim płotem, Anka — szepnęła mi przez telefon Basia, jedyna osoba z wioski, która odważyła się ze mną rozmawiać. Stałam wtedy przy oknie, patrząc na rozległe pole, które oddzielało mój dom od reszty świata. Mgła snuła się nisko, a stara jabłoń rzucała długi cień na zarośnięty ogród. W tej ciszy słyszałam własne myśli głośniej niż kiedykolwiek.

Przyjechałam tu z Warszawy, uciekając przed wszystkim, co mnie bolało. Mój mąż, Michał, zostawił mnie dla młodszej kobiety. Straciłam pracę w wydawnictwie, a matka zmarła nagle na udar. Zostałam sama z pustką i poczuciem winy, że nie byłam przy niej w ostatnich chwilach. Kiedy dowiedziałam się o tej starej chałupie po ciotce Stefanii, pomyślałam: „To będzie mój nowy początek”.

Ale wieś nie lubi obcych. Zwłaszcza takich jak ja — samotnych kobiet po czterdziestce, z miasta, z dziwnym akcentem i bez dzieci. Pierwszego dnia, gdy przyjechałam z walizkami, sąsiadka zza płotu, pani Jadwiga, patrzyła na mnie spode łba.

— A po co pani tu? — zapytała bez ogródek.

— Chcę tu zamieszkać — odpowiedziałam cicho.

— Sami swoi tu mieszkają. Obcych nie lubimy — rzuciła i zatrzasnęła furtkę.

Przez pierwsze tygodnie czułam się jak duch. Ludzie szeptali za moimi plecami, dzieci rzucały kamieniami w moje okna. Ktoś nocą powiesił na mojej bramie martwego królika. Bałam się wychodzić po zmroku. Jedyną osobą, która mnie odwiedzała, była Basia — młoda wdowa z trójką dzieci.

— Nie przejmuj się nimi — mówiła, przynosząc mi słoik ogórków. — Tu każdy ma swoje tajemnice. Ty przynajmniej nie udajesz.

Ale ja też miałam swoje sekrety. Każdej nocy śniła mi się matka — widziałam jej twarz pełną wyrzutu. Czułam jej obecność w każdym kącie tego domu. Czasem miałam wrażenie, że ktoś stoi za mną, kiedy myję naczynia albo podlewam kwiaty pod oknem.

Pewnego wieczoru usłyszałam pukanie do drzwi. Serce podeszło mi do gardła. Otworzyłam powoli i zobaczyłam młodego mężczyznę z zarostem i smutnymi oczami.

— Dobry wieczór. Jestem Tomek, syn sołtysa — przedstawił się niepewnie. — Przepraszam za ludzi… Oni… no… boją się nowego.

Zaprosiłam go do środka. Rozmawialiśmy długo przy herbacie. Opowiedział mi o swoim ojcu tyranie i matce, która uciekła do miasta. O tym, jak sam czuje się tu obco.

— Myślisz czasem o tym, żeby uciec? — zapytałam.

— Codziennie — odpowiedział bez wahania.

Od tamtej pory Tomek zaczął mnie odwiedzać coraz częściej. Pomagał mi naprawić dach, przynosił drewno na opał. Z czasem zaczęliśmy razem chodzić na spacery po lesie. Ludzie widzieli nas razem i plotki rozchodziły się coraz szybciej.

— Widzisz? Mówiłam ci! Ona przyszła tu szukać chłopa! — krzyczała kiedyś pani Jadwiga do sąsiadki.

Nie przejmowałam się już tak bardzo ich gadaniem. Z Tomkiem czułam się bezpieczna. Ale wiedziałam też, że to nie potrwa długo. Jego ojciec był przeciwny naszej znajomości.

— Nie będziesz zadawał się z tą babą z miasta! — wrzeszczał na niego przez płot.

Pewnej nocy ktoś wrzucił kamień przez moje okno. Na kartce przyczepionej do niego było napisane: „Wynoś się stąd”.

Zadrżałam ze strachu. Zadzwoniłam do Tomka.

— Nie dam cię skrzywdzić — powiedział stanowczo.

Ale wiedziałam, że nie mogę ciągle żyć w strachu. Zaczęłam rozważać powrót do miasta. Jednak coś mnie tu trzymało — może to była pamięć o matce, może nadzieja na nowe życie?

Pewnego dnia Basia przyszła do mnie zapłakana.

— Mój najstarszy syn pobił się w szkole przez ciebie! Mówili mu, że jego matka koleguje się z czarownicą! — wykrzyczała przez łzy.

Poczułam ciężar winy. Czy naprawdę byłam tu tylko problemem? Czy moja obecność raniła innych?

Tomek próbował mnie przekonać, żebym została.

— Aniu… Tu też jest twoje miejsce. Nie pozwól im wygrać.

Ale ja już nie miałam siły walczyć. Spakowałam walizkę i usiadłam na łóżku w pustym pokoju. Przez okno wpadało blade światło księżyca. Usłyszałam głos matki w głowie: „Nie uciekaj znowu”.

Zostałam jeszcze jedną noc. Rano wyszłam przed dom i zobaczyłam Basię stojącą pod furtką z dziećmi.

— Przepraszam cię… Potrzebujemy tu kogoś takiego jak ty — powiedziała cicho.

Popatrzyłam na nią i poczułam łzy pod powiekami. Może jeszcze nie wszystko stracone?

Czasem myślę: czy można naprawdę zacząć od nowa? Czy człowiek kiedykolwiek przestaje być obcy – nawet we własnym kraju? A może najtrudniej jest wybaczyć samej sobie?