„To jest mieszkanie mojego syna, a ty tu jesteś nikim” – historia, która rozdarła moje życie na pół
– To jest mieszkanie mojego syna, a ty tu jesteś nikim – powiedziała teściowa, kiedy jeszcze nie zdążyłam rozpakować walizki po ślubie. Stałam w korytarzu, z bukietem zwiędłych róż w ręku i łzami cisnącymi się do oczu. Miałam dwadzieścia sześć lat, świeżo po ślubie z Marcinem, moją pierwszą wielką miłością. Wierzyłam, że zaczynam nowe życie, pełne ciepła i wsparcia. Tymczasem już pierwszego dnia poczułam się jak intruz w cudzym domu.
Marcin patrzył na mnie bezradnie, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Jego matka, pani Halina, była kobietą o ostrych rysach i jeszcze ostrzejszym języku. Od zawsze powtarzała, że „rodzina to świętość”, ale szybko zrozumiałam, że miała na myśli wyłącznie siebie i swojego syna.
– Mamo, proszę cię… – zaczął Marcin cicho.
– Nie wtrącaj się. To jest mój dom i moje zasady – ucięła.
Przez pierwsze tygodnie próbowałam się dostosować. Gotowałam obiady według jej przepisów, sprzątałam tak, jak ona lubiła. Każdy mój ruch był oceniany. Jeśli coś zrobiłam inaczej niż ona, słyszałam: „U nas tak się nie robi”. Gdy raz zapomniałam wytrzeć buty Marcina po powrocie z pracy, usłyszałam: „Widać, że nie miałaś porządnego wychowania”.
Marcin coraz częściej znikał z domu pod pretekstem nadgodzin. Zostawałam sama z Haliną, która nie przepuszczała żadnej okazji, by mi dogryźć. Czułam się jak służąca we własnym domu. Każdego dnia traciłam odrobinę siebie.
Pewnego wieczoru, gdy wróciłam później z pracy, Halina czekała na mnie w kuchni.
– Gdzie byłaś? – zapytała chłodno.
– Pracowałam dłużej…
– Praca? A kto tu obiad zrobi? Marcin głodny chodzi przez ciebie! – krzyczała.
Zacisnęłam zęby. Chciałam wykrzyczeć jej w twarz wszystko, co czuję, ale wiedziałam, że Marcin stanie po jej stronie. Tak było zawsze. Gdy próbowałam mu się zwierzyć, mówił tylko:
– Daj spokój, mama jest jaka jest. Nie przejmuj się.
Ale ja się przejmowałam. Każdego dnia coraz bardziej. Zaczęłam mieć problemy ze snem. W pracy byłam rozkojarzona. Przyjaciółki przestały mnie poznawać – byłam cieniem dawnej siebie.
Najgorsze przyszło po roku małżeństwa. Zaszłam w ciążę. Myślałam naiwnie, że to coś zmieni. Że Halina zobaczy we mnie matkę swojego wnuka i zacznie mnie szanować. Stało się odwrotnie.
– Dziecko? W tym mieszkaniu? – prychnęła. – Najpierw naucz się prowadzić dom!
Marcin był dumny z siebie i nie zauważał mojej rozpaczy. Kiedy powiedziałam mu o swoich lękach, wzruszył ramionami:
– Przesadzasz. Mama chce dobrze.
W szóstym miesiącu ciąży dostałam krwotoku ze stresu. Trafiłam do szpitala. Leżałam sama na sali i płakałam w poduszkę. Nikt mnie nie odwiedził przez trzy dni. Nawet Marcin napisał tylko krótkiego SMS-a: „Odpoczywaj”.
Po powrocie do domu Halina przywitała mnie słowami:
– Widzisz? Nawet ciąży nie umiesz donosić jak należy.
Coś we mnie pękło. Przestałam walczyć o jej akceptację. Skupiłam się na sobie i dziecku. Urodziłam zdrową córeczkę – Zosię. Przez chwilę miałam nadzieję, że teraz wszystko się zmieni.
Ale Halina traktowała Zosię jak swoją własność. Decydowała o wszystkim: co dziecko je, jak śpi, nawet jaką kołderką ją przykryć.
– Ty nie masz doświadczenia – powtarzała mi codziennie.
Marcin coraz częściej nocował poza domem. Czułam się samotna jak nigdy dotąd.
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Haliny przez telefon:
– Ona sobie nie radzi. Gdyby nie ja, to nie wiem, co by było z tym dzieckiem…
Wtedy podjęłam decyzję. Spakowałam siebie i Zosię do jednej walizki i pojechałam do rodziców na wieś pod Radomiem. Mama przyjęła mnie ze łzami w oczach:
– Córeczko… czemu nic nie mówiłaś?
Nie miałam siły tłumaczyć wszystkiego od początku. Przez kilka tygodni dochodziłam do siebie. Marcin dzwonił rzadko. W końcu przyjechał.
– Wróć do domu – powiedział bez przekonania.
– Do domu? Tam nigdy nie miałam domu – odpowiedziałam cicho.
Nie rozumiał mnie. Nie chciał zrozumieć.
Złożyłam pozew o rozwód. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu, ale wiedziałam, że muszę zawalczyć o siebie i Zosię.
Dziś mieszkam sama z córką w małym mieszkaniu w Radomiu. Pracuję jako nauczycielka w przedszkolu. Każdego dnia uczę Zosię odwagi i szacunku do siebie.
Czasem budzę się w nocy i pytam samą siebie: dlaczego tak długo pozwalałam innym decydować o moim życiu? Czy naprawdę trzeba upaść na samo dno, żeby znaleźć w sobie siłę do walki o własne szczęście?
A Wy? Czy mieliście kiedyś odwagę powiedzieć „dość” i zawalczyć o siebie?