Obudziłam się po dwóch latach śpiączki – czy naprawdę można wrócić z niebytu?
– Zuzka, słyszysz mnie? Proszę, wróć do nas… – głos taty drżał, a struny gitary cicho brzęczały w szpitalnej sali. Czułam, jakby dźwięki przenikały przez grubą warstwę mgły, gdzieś daleko, poza granicą snu i jawy. Nie mogłam odpowiedzieć, nie mogłam nawet poruszyć palcem. Ale byłam tam. Słyszałam. Czułam.
Dwadzieścia miesięcy. Tyle trwała moja nieobecność. Dla mnie to była chwila – ciemność, cisza, a potem nagle… światło. Dla mojej rodziny – wieczność. Mama codziennie przychodziła do szpitala z nowymi zdjęciami, opowiadała mi o wszystkim: o tym, jak brat Kuba zdał maturę, jak babcia zachorowała na serce, jak nasz pies Maks znowu uciekł na działki. Tata przynosił gitarę i grał mi nasze ulubione piosenki – „Dziwny jest ten świat”, „Nie płacz Ewka”, czasem nawet coś własnego. Lekarze mówili, że to nie ma sensu. Że powinnam już dawno się obudzić, jeśli miałam się obudzić w ogóle.
Ale oni nie znali mojego taty. On nigdy nie przestawał wierzyć.
Pamiętam dzień wypadku jak przez mgłę. Był listopad, padał deszcz. Jechałam rowerem do szkoły, spieszyłam się na sprawdzian z matematyki. Nagle – pisk opon, światła samochodu, krzyk. Potem już tylko ciemność.
Kiedy się ocknęłam, tata płakał. Po raz pierwszy widziałam łzy w jego oczach. – Zuzka… moja Zuzka… – powtarzał bez końca. Mama tuliła mnie do siebie tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać.
Ale to był dopiero początek walki.
Nie umiałam mówić. Nie mogłam chodzić. Każdy ruch był jak zdobywanie Mount Everestu. Rehabilitanci byli cierpliwi, ale widziałam w ich oczach zwątpienie. – To cud, że pani córka się obudziła – mówiła doktor Nowak. – Ale droga do pełnej sprawności będzie bardzo długa.
W domu wszystko było inne. Kuba dorósł przez te dwa lata – już nie był moim małym bratem, tylko wysokim chłopakiem z zarostem i poważnym spojrzeniem. Mama postarzała się o dziesięć lat, choć minęły tylko dwa. Tata… tata był taki sam, tylko bardziej zmęczony.
Pierwsze tygodnie były najgorsze. Bałam się zasypiać – co jeśli znowu nie wrócę? Każdy dzień był walką z własnym ciałem i umysłem. Uczyłam się mówić na nowo, literowałam słowa jak dziecko. Mama płakała ze szczęścia, gdy po raz pierwszy powiedziałam „kocham was”.
Ale nie wszyscy potrafili się cieszyć moim powrotem.
Babcia uważała, że to kara za coś, co kiedyś zrobiła moja mama. – Bóg ją ukarał za grzechy młodości – szeptała do sąsiadki przez telefon. Słyszałam to przez drzwi i bolało mnie bardziej niż igły wbite w żyłę.
Kuba miał żal do rodziców, że przez cały czas byli tylko przy mnie. – Jakby mnie nie było! – krzyczał pewnego wieczoru, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Mama płakała wtedy całą noc.
Tata stracił pracę w fabryce mebli – za dużo zwolnień lekarskich, za dużo nieobecności. Przez chwilę żyliśmy tylko z renty babci i zasiłku dla bezrobotnych. Widziałam w oczach rodziców strach przed przyszłością.
Ale mimo wszystko byliśmy razem.
Najbardziej bałam się wrócić do szkoły. Koledzy patrzyli na mnie jak na ducha. Nauczyciele byli uprzejmi aż do przesady – „Zuzanno, czy wszystko dobrze?”, „Zuzanno, może chcesz odpocząć?”. Tylko Ania, moja dawna przyjaciółka, przytuliła mnie bez słowa i zaprosiła na lody po lekcjach.
Muzyka była moją terapią. Tata codziennie wieczorem siadał przy moim łóżku i grał na gitarze. Czasem śpiewaliśmy razem – choć mój głos był słaby i drżący, czułam się wtedy naprawdę żywa.
Pewnego dnia zapytałam taty:
– Dlaczego nigdy nie przestałeś grać?
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się smutno:
– Bo muzyka to jedyne, co pozwala mi wierzyć, że wszystko jeszcze może być dobrze.
Dziś wiem, że nie wróciłam tylko dla siebie. Wróciłam dla nich wszystkich – dla taty, który nigdy nie przestał wierzyć; dla mamy, która codziennie walczyła o każdy mój oddech; dla Kuby, który musiał dorosnąć za szybko; nawet dla babci, która w końcu przytuliła mnie i powiedziała: „Może jednak Bóg jest miłosierny”.
Czasem myślę: dlaczego ja? Dlaczego dostałam drugą szansę? Czy potrafię ją wykorzystać? Czy potrafię wybaczyć tym, którzy zwątpili?
A wy? Czy wierzycie w cuda? Czy miłość naprawdę może pokonać wszystko?