Moja mała Zosia w markowej sukience: Czy naprawdę jestem złą matką?

— Naprawdę musiałaś ją ubrać w tę sukienkę? — głos mojej mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, zmywając resztki po śniadaniu, a Zosia biegała po podłodze, jej różowa sukienka z logo znanej marki falowała przy każdym ruchu. — Mamo, to tylko ubranie — odpowiedziałam cicho, choć w środku już czułam znajome ukłucie wstydu.

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem. — To nie jest tylko ubranie, Aniu. Ludzie już gadają. Po co ci to? Po co jej to? Przecież ona nawet nie wie, co to Gucci.

Zamknęłam oczy na chwilę. W głowie miałam echo rozmów sąsiadek, które słyszałam dzień wcześniej na przystanku: „Widzisz tę Ankę? Jej mała zawsze jak z żurnala. Pewnie myśli, że jest lepsza od nas”.

Nie chciałam być lepsza. Chciałam tylko, żeby Zosia miała to, czego ja nigdy nie miałam. Dorastałam w domu, gdzie wszystko było „na później” albo „nie stać nas”. Pamiętam, jak bardzo bolało mnie, gdy koleżanki miały nowe tornistry, a ja nosiłam po starszym bracie. Przysięgłam sobie wtedy: moja córka nie będzie się wstydzić.

Ale czy to naprawdę powód, by cała wieś patrzyła na mnie jak na dziwoląga?

— Aniu, słyszysz mnie? — Mama podniosła głos. — Zosia potrzebuje miłości, nie metek!

— Daj mi spokój! — wybuchłam. — To moje dziecko i będę je wychowywać po swojemu!

Zosia spojrzała na mnie wielkimi oczami. W jednej chwili poczułam się winna. Przykucnęłam przy niej i pogłaskałam ją po głowie.

— Kochanie, chcesz się pobawić na dworze?

Pokiwała głową i wybiegła na podwórko. Patrzyłam za nią przez okno. Jej sukienka naprawdę rzucała się w oczy na tle szarego podwórka i obdrapanych huśtawek.

Wieczorem przyszedł Paweł, mój mąż. Od progu widziałam, że coś go gryzie.

— Anka, musimy pogadać — zaczął bez ogródek. — Dostałem dziś telefon od twojej ciotki. Mówiła, że ludzie gadają o nas coraz gorzej. Że robimy z Zosi jakąś laleczkę.

— A co ciotka ma do tego? — syknęłam.

— Nie chodzi o ciotkę. Chodzi o to, że Zosia zaczyna być wytykana palcami w przedszkolu. Dzieci śmieją się z jej imienia, z ubrań…

Zamilkłam. Przypomniałam sobie poranek sprzed tygodnia, gdy Zosia wróciła do domu ze łzami w oczach i powiedziała: „Mamo, dlaczego jestem inna?”

Wtedy ją przytuliłam i powiedziałam: „Bo jesteś wyjątkowa”. Ale czy naprawdę robiłam to dla niej… czy dla siebie?

Nocą długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: czy naprawdę jestem złą matką? Czy miłość można mierzyć ilością prezentów i markowych ubrań?

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Zosią.

— Córeczko, powiedz mi szczerze… Lubisz te sukienki?

Zosia spojrzała na mnie niepewnie.

— Są ładne… Ale dzieci mówią, że wyglądam śmiesznie.

Serce mi pękło.

— A jak chciałabyś się ubierać?

Zastanowiła się chwilę.

— Tak jak Ola z przedszkola. Ona ma bluzki z pieskami i dżinsy.

Uśmiechnęłam się smutno.

— To jutro pójdziemy razem na zakupy i wybierzesz sobie ubrania sama, dobrze?

Zosia rozpromieniła się i rzuciła mi się na szyję.

Wieczorem usiadłam z Pawłem przy kuchennym stole.

— Może rzeczywiście przesadziłam — przyznałam cicho. — Chciałam jej dać wszystko, ale chyba zapomniałam zapytać, czego ona naprawdę chce.

Paweł ujął moją dłoń.

— Najważniejsze, że to widzisz. Każdy rodzic popełnia błędy.

Następnego dnia poszłyśmy z Zosią do sklepu w miasteczku. Wybrała zwykłe dżinsy i bluzkę z pieskiem. Była szczęśliwa jak nigdy wcześniej.

Przez kolejne tygodnie obserwowałam ją uważnie. Stała się bardziej otwarta, chętniej bawiła się z dziećmi na podwórku. Ja zaś zaczęłam rozmawiać z innymi mamami — okazało się, że każda z nas czegoś się boi i każda czasem przesadza.

Dziś wiem jedno: miłość do dziecka to nie wyścig na najdroższe zabawki czy ubrania. To umiejętność słuchania i akceptowania jego potrzeb.

Czasem patrzę na Zosię i pytam siebie: czy naprawdę byłam złą matką? A może po prostu za bardzo chciałam ją ochronić przed własnymi lękami? Co wy o tym myślicie?