Mój tata żyje z mojej macierzyńskiej: Kiedy rodzina zamiast wsparcia staje się ciężarem
— Lucyna, masz może jeszcze trochę pieniędzy? — głos taty rozbrzmiewał w kuchni, kiedy próbowałam uspokoić płaczącego Antosia. Mój syn miał wtedy zaledwie cztery miesiące, a ja byłam sama. Mąż odszedł, zanim Antoś się urodził. Zostałam z kredytem, dzieckiem i… ojcem, który nagle postanowił zamieszkać ze mną „na chwilę”.
— Tato, przecież wiesz, że mam tylko macierzyńskie. Ledwo starcza na rachunki i jedzenie — odpowiedziałam cicho, bo nie chciałam, żeby Antoś wyczuł napięcie.
Tata westchnął ciężko i usiadł przy stole. — Lucynka, przecież wiesz, że nie mam pracy. W tym wieku już mnie nigdzie nie chcą. Ty masz dziecko, dostajesz pieniądze od państwa. Ja nie mam nic.
Poczułam, jak narasta we mnie złość. Przez całe życie to ja byłam tą odpowiedzialną. Mama zmarła, kiedy miałam 17 lat. Tata nigdy nie potrafił się pozbierać. Pracował dorywczo, czasem coś zarobił na budowie, czasem na złomie. Ale od kiedy urodził się Antoś, coraz częściej przesiadywał w domu, a ja widziałam, jak znika mi z portfela dwudziestka za dwudziestką.
Początkowo tłumaczyłam sobie: „To tylko na chwilę. Pomogę mu stanąć na nogi.” Ale mijały tygodnie, potem miesiące. Tata nie szukał pracy. Zaczął przynosić do domu tanie piwo i papierosy. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, zbywał mnie żartami albo obrażał się na kilka dni.
Pewnego wieczoru, kiedy Antoś już spał, usiadłam przy stole naprzeciwko taty.
— Tato, musimy porozmawiać. Nie stać mnie na utrzymywanie dwóch osób. Potrzebuję tych pieniędzy dla siebie i dziecka.
Spojrzał na mnie spode łba.
— To co mam zrobić? Na bruk mnie wyrzucisz? Własnego ojca?
Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
— Nie o to chodzi… Po prostu… Może mógłbyś poszukać jakiejś pracy? Albo zgłosić się po zasiłek?
Wybuchnął śmiechem.
— Zasiłek! Ty myślisz, że to takie proste? Po co mam się szarpać? Ty masz pieniądze, to się podziel.
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przypomniałam sobie wszystkie chwile, kiedy jako dziecko czekałam na niego godzinami pod szkołą, bo zapomniał mnie odebrać. Wszystkie obietnice bez pokrycia. Teraz historia zataczała koło — znów byłam tą odpowiedzialną.
Zaczęłam unikać rozmów z koleżankami. Wstydziłam się przyznać, że własny ojciec żyje na mój koszt. Kiedy Basia zapytała mnie wprost: „Lucyna, czemu wyglądasz na taką zmęczoną?”, tylko wzruszyłam ramionami.
W nocy nie mogłam spać. Liczyłam pieniądze do ostatniego grosza. Zastanawiałam się, czy starczy na pieluchy i mleko. Tata coraz częściej znikał na całe dnie, a potem wracał podchmielony i żądał kolacji.
Pewnego dnia znalazłam w szafce pustą kopertę po mojej ostatniej wypłacie z macierzyńskiego. Zrozumiałam wtedy, że tata zabrał wszystko.
— Tato! — krzyknęłam przez łzy. — Jak mogłeś?!
Wyszedł z łazienki i spojrzał na mnie bez cienia skruchy.
— Przecież to tylko pieniądze. Dla rodziny się pomaga.
— Ale to ja potrzebuję pomocy! — wybuchłam. — Ja! Nie ty!
Po tej kłótni przez kilka dni nie odzywaliśmy się do siebie. W końcu zadzwoniła do mnie ciotka Jadzia.
— Lucynka, słyszałam, że masz ciężko z ojcem… Może powinien zamieszkać u mnie? — zaproponowała niepewnie.
Poczułam ulgę i jednocześnie wstyd. Czy naprawdę chcę pozbyć się własnego ojca?
Ale kiedy Antoś zachorował i musiałam wydać ostatnie pieniądze na lekarstwa, a tata nawet nie zapytał, jak sobie radzę — podjęłam decyzję.
— Tato — powiedziałam pewnego ranka — ciotka Jadzia zaproponowała ci pokój u siebie. Myślę, że tak będzie lepiej dla nas wszystkich.
Nie odpowiedział od razu. Spakował się w milczeniu i wyszedł bez słowa pożegnania.
Przez kilka dni czułam pustkę i żal. Ale potem przyszła ulga. Zaczęłam oddychać pełną piersią. Zrozumiałam, że czasem trzeba postawić granicę nawet najbliższym.
Dziś patrzę na śpiącego Antosia i zastanawiam się: czy zrobiłam dobrze? Czy można być dobrą córką i jednocześnie zadbać o siebie? A może rodzina to tylko słowo, jeśli nie ma w niej wzajemności?