„Jestem w ciąży, a mój narzeczony nie chce ślubu – jego matka go wspiera, ale ojciec staje po mojej stronie. Czy rodzina może nas zniszczyć?”

– Nie rozumiesz, Aniu! – Michał podniósł głos, a jego matka, pani Halina, tylko pokiwała głową z aprobatą. – Ślub to nie jest rozwiązanie na wszystko!

Stałam przy oknie w ich salonie na warszawskim Mokotowie, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. W brzuchu czułam znajome kopnięcie naszego dziecka – przypomnienie, że nie jestem już sama. Ale właśnie wtedy czułam się najbardziej samotna w życiu.

– Michał, ja nie chcę ślubu dla papierka – wyszeptałam. – Chcę poczuć się bezpieczna. Chcę, żeby nasze dziecko miało rodzinę…

Pani Halina westchnęła teatralnie i spojrzała na mnie z góry. – Aniu, czasy się zmieniły. Dziecko można wychować bez ślubu. Michał jest dorosły, sam zdecyduje.

Michał odwrócił się do mnie plecami. – Nie jestem gotowy na ślub. Nie chcę robić tego pod presją.

Wtedy wszedł pan Stanisław, ojciec Michała. Zawsze cichy, zawsze gdzieś z boku. Tym razem spojrzał na mnie uważnie i powiedział: – Może ktoś wreszcie zapyta Anię, czego ona chce? I jak się czuje?

Wszyscy zamilkli. Poczułam łzy pod powiekami, ale nie pozwoliłam im spłynąć.

Od dziecka marzyłam o stabilnej rodzinie. Moi rodzice rozstali się, gdy miałam siedem lat. Mama wiecznie zapracowana, tata pojawiał się od święta. Przysięgłam sobie, że moje dziecko będzie miało dom pełen miłości i bezpieczeństwa. Gdy poznałam Michała na studiach, wydawało mi się, że to właśnie on – spokojny, odpowiedzialny, czuły. Ale od kiedy zaszłam w ciążę, wszystko zaczęło się sypać.

Najpierw była radość – wspólne plany, wybieranie imion, śmiech przy pierwszym USG. Potem zaczęły się rozmowy o przyszłości. Michał coraz częściej mówił o „wolności”, o tym, że ślub to „przeżytek”. Jego mama tylko dolewała oliwy do ognia: – Po co wam ślub? To tylko formalność.

A ja? Każdego dnia czułam się coraz bardziej niewidzialna. Moja mama powtarzała przez telefon: – Aniu, musisz walczyć o swoje. Ale jak walczyć, kiedy druga strona nie chce słuchać?

Pewnego wieczoru zostałam sama z panem Stanisławem w kuchni. Nalewał sobie herbaty i nagle powiedział:

– Wiesz, ja też kiedyś nie chciałem ślubu z Haliną. Bałem się odpowiedzialności. Ale potem zobaczyłem jej łzy i zrozumiałem, że to nie chodzi o mnie. Chodzi o nią… i o nas.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością. – Co mam zrobić?

– Porozmawiajcie szczerze. Bez matki Michała, bez moich rad. Powiedz mu wszystko, co czujesz. I posłuchaj go naprawdę.

Zebrałam się na odwagę następnego dnia. Michał siedział w swoim pokoju przy komputerze.

– Musimy pogadać – powiedziałam stanowczo.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Boję się – wyszeptałam. – Boję się być sama z dzieckiem. Boję się, że cię stracę…

Michał długo milczał.

– Ja też się boję – przyznał w końcu. – Boję się, że jak weźmiemy ślub i coś pójdzie nie tak… to już nie będzie odwrotu.

Usiadłam obok niego.

– Ale przecież już jesteśmy razem na dobre i złe. To dziecko… to nasza odpowiedzialność.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam łzy w jego oczach.

– Mama zawsze mówiła mi, żebym był wolny. Żebym nie dawał się zamknąć w klatce…

– A tata?

– Tata nigdy nic nie mówił… aż do teraz.

Objęliśmy się mocno. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam nadzieję.

Wieczorem Michał poszedł do ojca.

– Tato… co byś zrobił na moim miejscu?

Pan Stanisław spojrzał synowi prosto w oczy.

– Zapytałbym siebie: czy chcesz być z Anią i dzieckiem? Jeśli tak – reszta to tylko szczegóły.

Następnego dnia Michał poprosił mnie na spacer do parku Skaryszewskiego.

– Aniu… Chcę być z tobą i naszym dzieckiem. Ale potrzebuję czasu na ślub. Obiecuję ci jednak coś ważniejszego: nigdy was nie zostawię.

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Czy to wystarczy? Czy mogę zaufać słowom bardziej niż papierowi?

Dziś jestem w ósmym miesiącu ciąży. Michał jest przy mnie każdego dnia – chodzi ze mną do lekarza, maluje pokój dla dziecka, czyta poradniki dla ojców. Jego matka nadal powtarza swoje mądrości, ale już nie ranią mnie tak jak kiedyś. Pan Stanisław stał się dla mnie kimś bliskim – czasem mam wrażenie, że rozumie mnie lepiej niż własny syn.

Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy rodzina może nas zniszczyć? A może to my sami musimy nauczyć się być rodziną na własnych zasadach?

Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między własnym szczęściem a oczekiwaniami innych? Jak znaleźć siłę, by walczyć o siebie… i o tych, których kochamy?