Garść czarnej porzeczki – historia o rodzinie, stracie i przebaczeniu
– Nie wierzę ci, mamo! – krzyknęła Ola, rzucając łyżkę na stół tak mocno, że zupa rozlała się na obrus. Wszyscy zamarli. Mama ścisnęła dłonie na kolanach, tata spuścił wzrok, a ja poczułam, jak serce wali mi w piersi jak oszalałe. To miał być zwykły, letni wieczór u moich rodziców w Radomiu, kolacja w ogrodzie pod jabłonią, śmiechy dzieci i rozmowy o niczym. Ale wtedy Paweł, mój mąż, spojrzał na mnie tym swoim pustym wzrokiem i powiedział: – Muszę coś powiedzieć.
Nie pamiętam dokładnie słów. Pamiętam tylko, jak Ola wbijała we mnie wzrok pełen nienawiści, jakby to była moja wina. Pamiętam szloch mojej mamy i ciszę, która zapadła po wyznaniu Pawła: „Od roku jestem z kimś innym. Przepraszam.”
Tamtego wieczoru wszystko się rozpadło. Paweł spakował się w milczeniu. Ola wybiegła z domu i nie wróciła na noc. Ja zostałam sama przy stole, z pustym talerzem i głową pełną pytań. Dlaczego? Czy nie byłam wystarczająca? Czy mogłam coś zrobić inaczej?
Przez kolejne tygodnie żyłam jak w transie. Chodziłam do pracy w szkole, uczyłam polskiego dzieciaki z podstawówki, wracałam do pustego mieszkania i płakałam do poduszki. Ola zamieszkała u moich rodziców i nie chciała ze mną rozmawiać. Mama próbowała mnie pocieszać, ale jej słowa odbijały się ode mnie jak groch od ściany.
Najgorsze były weekendy. W soboty zawsze piekłyśmy z Olą ciasto z czarną porzeczką z ogrodu mamy. Teraz ogród zarastał chwastami, a krzewy porzeczek uginały się pod ciężarem owoców, których nikt nie zbierał. Czułam się jak te krzewy – zaniedbana, zapomniana, pełna goryczy.
Minęły miesiące. Paweł przestał dzwonić. Ola wróciła do domu, ale była inna – zamknięta w sobie, chłodna. Rozmawiałyśmy tylko o sprawach codziennych: „Zjesz obiad?”, „Masz klucze?”, „Nie wracaj późno.” Każda próba rozmowy kończyła się kłótnią.
Pewnego dnia znalazłam w jej pokoju list do koleżanki: „Nienawidzę mamy za to, że pozwoliła tacie odejść. Gdyby była inna, może bylibyśmy jeszcze rodziną.”
To bolało bardziej niż zdrada Pawła.
Zaczęłam chodzić na terapię. Najpierw czułam się głupio – co ja tam robię? Ale terapeutka, pani Grażyna, słuchała mnie bez oceniania. Powoli zaczęłam rozumieć, że nie wszystko było moją winą. Że Paweł podjął decyzję sam. Że Ola ma prawo do gniewu, ale ja też mam prawo do życia.
Któregoś dnia po pracy poszłam do ogrodu mamy. Krzewy czarnej porzeczki były pełne owoców. Zerwałam garść i poczułam znajomy smak dzieciństwa – słodko-kwaśny, intensywny, prawdziwy. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat: młodą dziewczynę z marzeniami o szczęśliwej rodzinie.
Wróciłam do domu i upiekłam ciasto z porzeczkami. Zapach rozszedł się po kuchni jak dawniej. Postawiłam blachę na stole i czekałam na Olę.
– Upiekłaś ciasto? – zapytała zdziwiona.
– Tak. Z porzeczkami od babci.
– Myślałam, że już nigdy nie będziemy go piec.
– Też tak myślałam – odpowiedziałam cicho.
Usiadłyśmy razem przy stole. Przez chwilę jadłyśmy w milczeniu.
– Mamo…
– Tak?
– Czy ty naprawdę kochałaś tatę?
Zaskoczyło mnie to pytanie. Spojrzałam jej w oczy.
– Tak, kochałam go bardzo. Ale czasem miłość nie wystarcza.
– Dlaczego nie walczyłaś?
– Walczyłam… Ale nie można zmusić kogoś do bycia razem.
Ola spuściła głowę.
– Myślałam, że to twoja wina…
– Wiem.
– Przepraszam.
Łzy napłynęły mi do oczu. Przytuliłam ją mocno.
– Ja też przepraszam. Za wszystko.
Od tamtej pory powoli zaczęłyśmy odbudowywać naszą relację. To nie było łatwe – czasem wracały stare żale, czasem kłóciłyśmy się o drobiazgi. Ale już nie było między nami tej lodowatej ciszy.
Minęły lata. Paweł ułożył sobie życie z inną kobietą. Ja nauczyłam się być sama – odkryłam jogę, zaczęłam jeździć na rowerze po okolicznych lasach, spotykać się z przyjaciółkami na kawie. Ola zdała maturę i wyjechała na studia do Krakowa.
Dziś stoję w ogrodzie mamy z garścią czarnej porzeczki w dłoni. Słońce świeci przez liście jabłoni, wiatr niesie zapach trawy i wspomnień.
Czy można naprawdę wybaczyć? Czy można zacząć od nowa po tym wszystkim? A może przebaczenie to nie jednorazowy akt, tylko codzienna decyzja?
Czasem myślę: ile jeszcze razy będę musiała wybaczyć – sobie, Pawłowi, Oli? Czy to kiedyś się kończy? A może właśnie w tym tkwi sens życia – żeby próbować od nowa, nawet jeśli boli?