„Dlaczego nie chcesz mieć dzieci?” – historia kobiety, która wybrała inną drogę niż wszyscy oczekiwali

– Marta, czy ty naprawdę nie rozumiesz, że czas ci ucieka? – głos mojej mamy rozbrzmiewał w kuchni jak dzwon. Stałam przy oknie, patrząc na szarą ulicę, gdzie dzieciaki z sąsiedztwa grały w piłkę. W dłoniach ściskałam kubek z herbatą, który już dawno wystygł.

– Mamo, ile razy mam ci powtarzać? Nie chcę mieć dzieci. To moja decyzja.

Mama westchnęła ciężko, jakby właśnie usłyszała, że zamierzam wyjechać na Syberię. – Ale dlaczego? Przecież to naturalne. Każda kobieta powinna zostać matką. Inaczej… – zawiesiła głos, szukając słów, które miałyby mnie przekonać.

Od lat słyszałam te same argumenty. Najpierw od rodziców, potem od ciotek na rodzinnych imprezach, a teraz nawet od koleżanek z pracy. Wszyscy patrzyli na mnie jak na dziwoląga. Jakbym była niekompletna, wybrakowana.

Mój mąż, Tomek, przez pierwsze lata naszego małżeństwa próbował być wyrozumiały. – Może jeszcze zmienisz zdanie? – pytał czasem wieczorami, kiedy leżeliśmy obok siebie w łóżku. – Wiesz, ja bym chciał…

– Tomek, proszę cię. Nie zmienię zdania. Kocham cię, ale nie chcę być matką. Nie czuję tego. Nie wyobrażam sobie siebie w tej roli.

Z czasem jego cierpliwość zaczęła się kończyć. Coraz częściej wracał do domu późno, coraz rzadziej rozmawialiśmy o czymś innym niż praca czy zakupy. W końcu pewnego dnia powiedział: – Marta, ja nie wiem, czy dam radę tak żyć. Czuję się… oszukany.

Poczułam wtedy, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przecież nigdy nie ukrywałam swoich poglądów. Od początku mówiłam jasno: nie chcę dzieci. Ale on chyba wierzył, że mi przejdzie. Że instynkt macierzyński w końcu się odezwie.

W pracy było podobnie. Kiedy koleżanki zaczynały rozmowy o pieluchach i przedszkolach, czułam się jak intruz. – Ty to masz dobrze, możesz spać do dziewiątej w weekendy – żartowała Anka z działu księgowości. Ale w jej głosie było coś więcej niż zazdrość – była tam nuta pogardy.

Najgorzej było na rodzinnych spotkaniach. Ciotka Basia zawsze zaczynała: – No i co, Martusia? Kiedy wreszcie nam powiesz dobrą nowinę? Bo już wszyscy czekamy!

– Ciociu, nie będzie żadnej nowiny – odpowiadałam cierpko.

Wtedy zapadała niezręczna cisza. Wszyscy spuszczali wzrok, jakby nagle ktoś puścił w telewizji coś niestosownego.

Z czasem zaczęłam unikać tych spotkań. Wolałam spędzać czas sama albo z przyjaciółmi, którzy rozumieli mój wybór. Ale nawet oni czasem pytali: – Nie boisz się, że kiedyś będziesz żałować?

Bałam się. Oczywiście, że się bałam. Bałam się samotności na starość, bałam się tego, że zostanę sama, kiedy Tomek odejdzie. Ale jeszcze bardziej bałam się życia nie swojego – życia podporządkowanego oczekiwaniom innych.

Najtrudniejszy moment przyszedł wtedy, gdy Tomek naprawdę spakował walizki i wyszedł z domu. Stałam w przedpokoju i patrzyłam na jego plecy znikające za drzwiami.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Ale ja muszę spróbować inaczej.

Nie płakałam wtedy. Łzy przyszły dopiero później, kiedy siedziałam sama przy kuchennym stole i patrzyłam na zdjęcia z naszego ślubu.

Mama zadzwoniła następnego dnia.

– No widzisz? Gdybyś miała dziecko, Tomek by nie odszedł.

– Mamo! – krzyknęłam przez łzy. – To nie tak! Nie możesz mnie winić za to, że jestem inna!

Ale ona już nie słuchała. Dla niej wszystko było proste: kobieta bez dziecka to kobieta niespełniona.

Przez kilka miesięcy żyłam jak cień samej siebie. Praca przestała mnie cieszyć, znajomi przestali dzwonić. Czułam się jak wyrzutek – ktoś, kto złamał niewidzialne zasady gry.

A potem przyszło lato i pojechałam sama nad morze. Siedziałam na plaży w Rewalu i patrzyłam na fale rozbijające się o brzeg. Obok mnie siedziała starsza kobieta z książką.

– Pani też sama? – zapytała nagle.

– Tak…

– Ja też całe życie byłam sama. I wie pani co? Nigdy nie żałowałam.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Każdy ma prawo żyć po swojemu.

Te słowa zostały ze mną na długo. Zrozumiałam wtedy, że moje życie należy tylko do mnie. Że nie muszę nikomu niczego udowadniać.

Dziś mam 38 lat i nadal nie mam dzieci. Czasem jest mi smutno, czasem czuję się samotna – ale wiem, że wybrałam swoją drogę świadomie.

Czy społeczeństwo kiedykolwiek zaakceptuje kobiety takie jak ja? Czy naprawdę musimy spełniać cudze oczekiwania kosztem własnego szczęścia?