Po 36 latach spotkałam miłość, którą musiałam zostawić. Czy można cofnąć czas?
— Proszę pani, kolejka się przesuwa — usłyszałam zniecierpliwiony głos starszej kobiety za mną. Ocknęłam się, ściskając teczkę z wynikami badań tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Przesunęłam się o krok, ale nie mogłam oderwać wzroku od mężczyzny stojącego kilka osób dalej. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał.
To był Marek. Ten sam Marek, którego pożegnałam na dworcu PKP w Radomiu trzydzieści sześć lat temu. Wtedy płakałam, on milczał. Zostawiłam go bez słowa wyjaśnienia, bo nie miałam odwagi powiedzieć prawdy. Teraz stał przede mną, siwiejący, z lekkim brzuszkiem i zmarszczkami wokół oczu, ale to wciąż był on.
Zanim zdążyłam się zastanowić, czy podejść, on spojrzał w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach zobaczyłam cień rozpoznania, potem niedowierzanie i coś jeszcze — może żal? Może gniew?
— Anka? — zapytał cicho, jakby bał się wypowiedzieć moje imię na głos.
— Marek… — odpowiedziałam równie cicho.
Ludzie w kolejce zaczęli się niecierpliwić, ale dla mnie świat przestał istnieć. Przez chwilę staliśmy naprzeciwko siebie jak dwójka dzieciaków z lat osiemdziesiątych, zagubionych w dorosłości.
— Musimy porozmawiać — powiedział po chwili i gestem zaprosił mnie na korytarz.
Usiedliśmy na twardych plastikowych krzesłach pod ścianą. Przez chwilę milczeliśmy. Ja patrzyłam na swoje dłonie, on na podłogę.
— Myślałem, że wyjechałaś do Niemiec — odezwał się pierwszy.
— Tak mówili? — zapytałam z goryczą.
— Tak powiedziała twoja matka. Że nie chcesz mieć ze mną kontaktu i że mam sobie dać spokój.
Zacisnęłam usta. Pamiętałam tamtą rozmowę z mamą jak przez mgłę: „Anka, nie możesz się z nim spotykać. Nie rozumiesz? On nie jest dla ciebie. Jego ojciec siedział za kradzieże, a ty musisz skończyć studia i znaleźć sobie kogoś porządnego.”
Miałam wtedy osiemnaście lat i byłam tchórzem. Zamiast walczyć o naszą miłość, pozwoliłam matce zdecydować za mnie. Wyjechałam do Warszawy na studia i zerwałam kontakt z Markiem bez słowa wyjaśnienia.
— Przepraszam — wyszeptałam po chwili. — Bałam się… wszystkiego. Mamy, przyszłości, tego co ludzie powiedzą.
Marek spojrzał na mnie uważnie.
— Myślisz, że tylko ty się bałaś? Ja przez rok nie mogłem spać po nocach. Pisałem listy, których nigdy nie wysłałem. Chodziłem pod twoim blokiem jak głupi.
Poczułam łzy pod powiekami.
— Wyszłaś za mąż? — zapytał nagle.
— Tak. Dwa razy — odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. — Pierwszy mąż pił i bił. Drugi był dobry, ale umarł na raka pięć lat temu.
Marek pokiwał głową.
— Ja też miałem żonę. Odeszła ode mnie dziesięć lat temu. Została mi tylko córka, ale wyjechała do Anglii.
Przez chwilę milczeliśmy, każde pogrążone we własnych wspomnieniach.
— Wiesz, Anka… — zaczął niepewnie — przez te wszystkie lata myślałem o tobie. Zastanawiałem się, co by było, gdybyśmy wtedy uciekli razem do Warszawy albo chociaż spróbowali być razem na przekór wszystkim.
— Ja też o tym myślałam — przyznałam cicho. — Ale wtedy wydawało mi się, że nie mam wyboru.
— Zawsze jest wybór — powiedział gorzko.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach smutek i zmęczenie życiem. Przez chwilę miałam ochotę go przytulić, tak jak kiedyś po maturze na ławce w parku.
— Co teraz robisz? — zapytałam, próbując zmienić temat.
— Jestem na rencie. Po wypadku w fabryce już nie mogę pracować tak jak dawniej. Trochę dorabiam jako złota rączka po znajomych.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
— A ty?
— Pracuję w bibliotece osiedlowej. Trochę czytam dzieciom bajki, trochę układam książki na półkach. Czasem czuję się niewidzialna dla świata.
Uśmiechnął się smutno.
— Ty? Niewidzialna? Zawsze byłaś najpiękniejsza w całej szkole.
Poczułam rumieniec na policzkach i nagle zrobiło mi się głupio. Przez tyle lat nikt nie mówił mi takich rzeczy.
Nagle drzwi do gabinetu otworzyły się szeroko i pielęgniarka wywołała moje nazwisko.
— Muszę już iść — powiedziałam cicho.
Marek skinął głową.
— Może… może napijemy się kiedyś kawy? Pogadamy jak dawniej?
Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich nadzieję pomieszaną ze strachem przed odrzuceniem.
— Chciałabym — odpowiedziałam szczerze.
Wyszłam do gabinetu z bijącym sercem i łzami w oczach. Całą wizytę przesiedziałam jak na szpilkach, myśląc tylko o tym spotkaniu. Gdy wyszłam na korytarz, Marka już nie było. Zostawił jednak karteczkę z numerem telefonu na mojej teczce.
Przez kolejne dni biłam się z myślami: zadzwonić czy nie? Czy można odbudować coś po tylu latach? Czy warto rozdrapywać stare rany?
W końcu zadzwoniłam. Umówiliśmy się na kawę w małej kawiarni przy parku, gdzie kiedyś chodziliśmy na randki jako nastolatkowie. Rozmawialiśmy długo o życiu, o błędach młodości i o tym, jak bardzo żałujemy straconego czasu.
Dziś wiem jedno: żaden dzień nie wróci, ale każdy nowy może być początkiem czegoś dobrego. Czy można naprawić to, co zostało złamane przed laty? Czy mamy jeszcze prawo do szczęścia?
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze takich historii kryje się za zamkniętymi drzwiami naszych mieszkań? Ilu z nas boi się zawalczyć o siebie nawet po tylu latach?