Miliony za ojcowiznę: Czy sprzedać ziemię, czy zachować rodzinne dziedzictwo?
– Iwona, nie rozumiesz? To jest szansa na nowe życie! – głos mojego brata Piotra odbijał się echem po kuchni, w której od rana unosił się zapach świeżo parzonej kawy i niepokoju. Mama siedziała przy stole, ściskając w dłoniach stary różaniec, a tata patrzył przez okno na pole, które od pokoleń należało do naszej rodziny.
Wszystko zaczęło się wiosną, kiedy do naszego domu w małej wsi pod Sandomierzem przyjechali ludzie z Warszawy. Garnitury, uśmiechy, teczki pełne papierów. Zaproponowali nam miliony za ziemię – naszą ojcowiznę. Chcieli tu postawić ogromną halę logistyczną. Dla nich to tylko hektary pod inwestycję. Dla nas – całe życie.
– Piotrze, a co z dziadkiem? Co by powiedział, gdyby wiedział, że sprzedajemy wszystko, co budował przez lata? – zapytałam cicho, choć w środku aż kipiałam ze złości i bezsilności.
– Dziadek nie żyje! – wybuchł brat. – A my żyjemy! Ty chcesz tu gnić do końca życia? Zobacz na siebie! Masz trzydzieści pięć lat, żadnej perspektywy, tylko ta ziemia i krowy! Ja mam dość! Chcę wyjechać do miasta, kupić mieszkanie, zacząć coś nowego!
Mama zaczęła płakać. Tata milczał. Ja czułam się jakby ktoś wyrwał mi serce.
Od tamtej rozmowy wszystko się zmieniło. W domu zapanowała cisza przerywana tylko kłótniami o pieniądze i przyszłość. Piotr codziennie przynosił nowe wyliczenia: ile dostaniemy, co kupimy, jak będzie lepiej. Mama coraz częściej zamykała się w pokoju z albumami pełnymi starych zdjęć. Tata przestał chodzić do sąsiadów na szachy.
A ja? Każdego ranka wychodziłam na pole. Dotykałam ziemi, czułam jej zapach. Przypominałam sobie dzieciństwo: bieganie boso po łące, pierwsze sianokosy z dziadkiem, śmiech babci, która piekła chleb w piecu opalanym drewnem. Ta ziemia była częścią mnie. Ale czy to wystarczy, by powiedzieć „nie” milionom?
Pewnego wieczoru usiadłam z tatą na ławce przed domem. Słońce zachodziło nad polami.
– Tato… co ty o tym wszystkim myślisz?
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Wiesz, Iwonko… Ja już swoje przeżyłem. Ale boję się, że jak sprzedamy tę ziemię, to już nigdy nie będziemy rodziną. Każdy pójdzie w swoją stronę. A tu… tu zawsze byliśmy razem.
Milczałam długo. W głowie miałam słowa Piotra: „Chcesz tu gnić do końca życia?” Czy naprawdę tego chciałam? Czy byłam gotowa poświęcić własne marzenia dla kilku hektarów pola?
Następnego dnia przyszli sąsiedzi. Każdy miał swoje zdanie.
– Iwona, nie bądź głupia! Za takie pieniądze możesz mieć wszystko! – przekonywała pani Zosia.
– Ale co to za życie bez korzeni? – mruknął pan Janek spod płotu.
Wieczorem Piotr przyszedł do mojego pokoju.
– Proszę cię… Zgódź się. Bez twojego podpisu nic nie zrobimy. Mama i tata są za starzy na takie decyzje. Ty jesteś najstarsza.
Patrzyłam na niego i widziałam w jego oczach strach i nadzieję jednocześnie.
– Piotrze… A jeśli się zgodzę i potem będziesz żałował?
– Nie będę! Przysięgam!
Ale czy mogłam mu wierzyć?
W nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie głosy przeszłości i przyszłości. Przypomniałam sobie rozmowę z babcią sprzed lat:
– Pamiętaj, Iwonko… Ziemia to nie tylko pole. To dom. To pamięć o tych, którzy byli przed nami.
Rano podjęłam decyzję.
Zadzwoniłam do prawnika inwestorów.
– Dzień dobry… Tu Iwona Nowak… Tak, chciałabym jeszcze raz porozmawiać o warunkach umowy.
W domu wybuchła burza.
– Jak mogłaś?! – krzyczała mama. – Sprzedać wszystko?!
– Mamo… Nie chcę waszego cierpienia. Nie chcę patrzeć jak się kłócicie każdego dnia. Może to jedyna szansa na spokój…
Tata wyszedł z domu bez słowa. Piotr był szczęśliwy – przez chwilę.
Ale potem przyszła pustka.
Ziemia została sprzedana. Hala rosła w oczach. My wyprowadziliśmy się do miasta – każde osobno. Mama zamknęła się w sobie jeszcze bardziej. Tata zachorował. Piotr wyjechał do Anglii za pracą – okazało się, że pieniądze szybko się skończyły.
A ja? Codziennie przechodziłam obok tej hali i czułam ból w sercu. Straciłam coś więcej niż pole – straciłam dom, rodzinę, poczucie sensu.
Czasem pytam siebie: czy naprawdę warto było sprzedać wszystko dla kilku lat wygody? Czy można kupić szczęście za miliony?
Może wy mi powiecie… Co wy byście zrobili na moim miejscu?