Między młotem a kowadłem: Historia o teściowej, która chciała mnie zniszczyć
— Joanna, nie przesadzaj, mama po prostu chce dobrze — usłyszałam głos Piotra, kiedy z trudem powstrzymywałam łzy. Stałam w kuchni, ściskając w dłoniach kubek z herbatą, który drżał tak mocno, że rozlałam kilka kropel na blat.
— Chce dobrze? — powtórzyłam z goryczą. — Piotrze, ona właśnie powiedziała mi, że nigdy nie będę dla ciebie wystarczająco dobra. Że powinnam wrócić do swoich rodziców i dać ci spokój.
Piotr westchnął ciężko i spuścił wzrok. Wiedziałam, że jest między młotem a kowadłem. Ale ja też byłam. Od dnia naszego ślubu czułam się jak intruz w jego rodzinie. Pani Maria patrzyła na mnie z pogardą, jakbym była nieproszonym gościem na własnym weselu.
Pamiętam ten dzień doskonale. Biała suknia, drżące dłonie, a potem jej zimny uścisk dłoni i szept: „Mam nadzieję, że wiesz, na co się porywasz”. Wtedy myślałam, że to tylko stres. Ale szybko przekonałam się, że to dopiero początek.
Pierwsze miesiące po ślubie były jak niekończący się egzamin. Pani Maria dzwoniła codziennie. Najpierw z pozoru niewinne pytania: „Co dziś ugotowałaś Piotrowi?”, „Czy już wyprasowałaś mu koszule?”. Potem coraz bardziej złośliwe uwagi: „Moja mama zawsze robiła lepszy rosół”, „Piotr zawsze lubił porządek, a tu…”.
Z czasem zaczęła przychodzić bez zapowiedzi. Wchodziła do naszego mieszkania jak do siebie, przestawiała rzeczy w kuchni, krytykowała moje kwiaty na parapecie. Pewnego dnia znalazłam ją w naszej sypialni, przeglądającą moją szafę.
— Co pani robi?! — zapytałam zszokowana.
— Sprawdzam, czy nie chowasz tu czegoś niestosownego — odpowiedziała lodowatym tonem.
Piotr był wtedy w pracy. Kiedy mu o tym powiedziałam, wzruszył ramionami.
— Mama jest trochę… specyficzna. Ale nie chce źle.
Czułam się coraz bardziej samotna. Moja własna rodzina mieszkała daleko, a przyjaciółki miały swoje życie. Zaczęłam unikać domu teściów, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Pewnego dnia pani Maria zadzwoniła do mnie z płaczem.
— Joanna, Piotr jest moim jedynym synem! Ty mi go zabierasz! — krzyczała do słuchawki.
Próbowałam tłumaczyć, że go kocham i chcę dla niego jak najlepiej, ale ona nie słuchała.
— Ty nigdy nie będziesz dla niego odpowiednia! — rzuciła na koniec i rozłączyła się.
Zaczęły się plotki w rodzinie. Ciotki Piotra patrzyły na mnie krzywo podczas rodzinnych spotkań. Słyszałam szepty za plecami: „Ona pewnie chce tylko jego pieniędzy”, „Taka młoda, a już taka bezczelna”.
Piotr coraz częściej znikał z domu. Tłumaczył się pracą, ale wiedziałam, że ucieka przed konfliktem. Zostawałam sama z własnymi myślami i narastającym poczuciem winy.
Pewnego wieczoru wrócił późno. Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej herbaty.
— Piotrze, musimy porozmawiać — zaczęłam cicho.
Usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał zmęczonym wzrokiem.
— O czym?
— O twojej mamie. O nas. Nie mogę tak żyć. Albo postawisz jej granice, albo… — głos mi się załamał.
— Albo co? — zapytał ostro.
— Albo odejdę — wyszeptałam.
Zapadła cisza. Widziałam w jego oczach strach i złość.
— To szantaż? — rzucił przez zaciśnięte zęby.
— Nie. To wołanie o pomoc — odpowiedziałam drżącym głosem.
Następnego dnia Piotr wyprowadził się na kilka dni do matki. Myślałam, że to koniec. Przez trzy dni nie spałam, nie jadłam. Zastanawiałam się, czy naprawdę jestem taka zła, jak wszyscy mówią.
Wtedy zadzwoniła moja mama.
— Joasiu, nie daj się złamać. Jesteś wartościową kobietą. Jeśli Piotr cię kocha, wróci i zawalczy o was — powiedziała stanowczo.
Te słowa dodały mi siły. Kiedy Piotr wrócił po tygodniu, był inny. Milczący, zamknięty w sobie.
— Rozmawiałem z mamą — powiedział krótko. — Obiecała się nie wtrącać… Ale nie wiem, czy potrafi.
Przez kolejne miesiące było lepiej tylko na pozór. Pani Maria przestała przychodzić bez zapowiedzi, ale czułam jej obecność w każdym kącie naszego mieszkania. Wciąż dzwoniła do Piotra i żaliła się na mnie całej rodzinie.
Pewnego dnia dowiedziałam się od sąsiadki, że pani Maria rozpowiada plotki o mojej rodzinie. Że mój ojciec miał długi (co było kłamstwem), że moja mama jest „dziwna” (bo jest nauczycielką plastyki). Poczułam się upokorzona i bezsilna.
W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam do niej sama.
— Pani Mario — zaczęłam stanowczo — proszę przestać mnie oczerniać. Kocham Piotra i chcę być jego żoną. Ale jeśli pani nie przestanie mnie niszczyć, odejdę. I wtedy naprawdę go pani straci.
Spojrzała na mnie zaskoczona. Przez chwilę widziałam w jej oczach cień szacunku… albo może strachu?
Od tego dnia coś się zmieniło. Pani Maria przestała mnie atakować otwarcie. Zaczęła traktować mnie chłodno, ale z dystansem. Piotr powoli zaczął stawać po mojej stronie.
Minęły dwa lata od tamtej rozmowy. Nasze małżeństwo przeszło przez piekło i wyszło z niego silniejsze. Ale blizny zostały.
Czasem patrzę na Piotra i zastanawiam się: czy naprawdę można wygrać walkę o miłość wbrew całej rodzinie? Czy warto było poświęcić tyle nerwów i łez?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy można nauczyć się żyć między młotem a kowadłem?