Nie zostałam zaproszona na ślub własnego syna, a potem musiałam otworzyć mu drzwi: o zdradzie, rodzinnych ranach i granicach matczynej miłości

— Mamo, nie przesadzaj, to tylko ślub — usłyszałam przez telefon głos mojego syna, Mantasa. Był zimny, obcy, jakby rozmawiał ze mną urzędnik, a nie moje własne dziecko. Stałam wtedy przy kuchennym oknie, patrząc na szare niebo nad Wrocławiem i czułam, jak serce powoli zamienia mi się w kamień.

— Tylko ślub? — powtórzyłam głucho. — Mantas, ja jestem twoją matką. Jak mogłeś mnie nie zaprosić?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam tylko cichy szum miasta i własny oddech. W końcu odezwała się Ieva, jego narzeczona — teraz już żona. — Pani Anno, to była nasza decyzja. Chcieliśmy małe przyjęcie, tylko najbliżsi…

Najbliżsi. A ja? Czy ja nie jestem najbliższą osobą dla mojego syna?

Odkładając słuchawkę, poczułam się jak ktoś niepotrzebny, jak mebel, który można wynieść do piwnicy i zapomnieć. Przez kolejne tygodnie żyłam jak w letargu. Sąsiedzi pytali: „I co, kiedy ślub Mantasa?”, a ja odpowiadałam wymijająco, udając, że wszystko jest w porządku. W środku jednak krzyczałam z bólu.

Mój mąż zmarł kilka lat temu. Zostałam sama z Mantasem. Byliśmy sobie bliscy — tak mi się wydawało. Odkąd poznał Ievę, coś zaczęło się zmieniać. Coraz rzadziej dzwonił, coraz częściej miał dla mnie tylko krótkie wiadomości na Messengerze. „Nie mogę rozmawiać”, „Zajęty jestem”, „Później”.

W dniu ich ślubu siedziałam w pustym mieszkaniu. Próbowałam nie myśleć o tym, co się dzieje gdzieś w restauracji na obrzeżach miasta. Wyobrażałam sobie Mantasa w garniturze, Ievę w białej sukni, śmiech gości… i siebie — niewidzialną.

Minęły trzy miesiące. Życie wróciło do pozornej normalności. Pracowałam w bibliotece, wieczorami czytałam książki. Czasem płakałam po cichu do poduszki.

Aż pewnego wieczoru usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam ich — Mantasa i Ievę. Wyglądali na zmęczonych i przygnębionych.

— Mamo… — zaczął Mantas niepewnie. — Możemy wejść?

Przepuściłam ich do środka. Siedli przy stole w kuchni. Ieva spuściła wzrok.

— Mieliśmy kłopoty z mieszkaniem — powiedział cicho Mantas. — Wynajmujący wypowiedział nam umowę z dnia na dzień… Nie mamy gdzie się podziać.

Patrzyłam na nich długo. W głowie dudniło mi jedno pytanie: „Dlaczego teraz? Dlaczego wtedy nie byłam wystarczająco ważna?”

— Chcecie zostać u mnie? — zapytałam chłodno.

— Tylko na kilka tygodni… — szepnęła Ieva.

W moim sercu walczyły ze sobą gniew i miłość. Chciałam ich wyrzucić za drzwi, powiedzieć: „Radźcie sobie sami!” Ale widziałam strach w oczach mojego syna i coś we mnie pękło.

Przygotowałam dla nich pokój gościnny. Przez pierwsze dni unikaliśmy rozmów o ślubie. Udawaliśmy wszyscy, że nic się nie stało.

Pewnego wieczoru nie wytrzymałam.

— Mantas… — zaczęłam drżącym głosem. — Powiedz mi szczerze: dlaczego mnie tam nie było?

Spojrzał na mnie z bólem.

— Bałem się, mamo… Bałem się twojej reakcji na Ievę, na nasz wybór. Zawsze miałaś swoje zdanie o wszystkim…

— To znaczy? — przerwałam mu ostro.

— Ty nigdy jej nie zaakceptowałaś! — wybuchnął nagle. — Zawsze porównywałaś ją do innych dziewczyn! Czułem się między wami jak piłka!

Ieva zaczęła płakać.

— Pani Anno… Ja naprawdę chciałam dobrze… Ale czułam się tu obco.

Siedzieliśmy długo w milczeniu. W końcu powiedziałam:

— Może popełniłam błędy. Może za bardzo chciałam cię chronić… Ale jestem twoją matką! Czy to znaczy, że można mnie wykluczyć z najważniejszego dnia twojego życia?

Mantas spuścił głowę.

— Przepraszam…

Przez kolejne tygodnie powoli uczyliśmy się żyć razem pod jednym dachem. Były spięcia, były łzy, ale też pierwsze rozmowy bez pretensji.

Zrozumiałam jedno: rodzina to nie jest coś oczywistego ani dane raz na zawsze. Każdy z nas nosi swoje rany i lęki. Czasem miłość boli bardziej niż nienawiść.

Dziś patrzę na Mantasa i Ievę inaczej niż kiedyś. Wciąż boli mnie to, co się stało, ale próbuję wybaczyć — im i sobie.

Czy matczyna miłość naprawdę powinna być bezwarunkowa? A może czasem trzeba postawić granice nawet tym, których kochamy najbardziej?