Niebieska nić: Historia o miłości, rodzinie i wyborach, których nie da się cofnąć
– Nie wyjdziesz za niego, słyszysz? – głos ojca odbijał się echem od ścian naszego starego mieszkania na Górnej. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni list od Pawła. Drżałam cała, a łzy spływały mi po policzkach. Mama patrzyła na mnie z kąta pokoju, bezradna i cicha jak zawsze.
– Tato, ja go kocham – wyszeptałam, choć wiedziałam, że to nic nie zmieni.
Ojciec podszedł bliżej, jego twarz była czerwona ze złości. – On nie jest dla ciebie! To chłopak bez przyszłości. Zobaczysz, jeszcze będziesz mi dziękować.
Wtedy nie rozumiałam, jak bardzo te słowa mnie naznaczą. Miałam dziewiętnaście lat i wydawało mi się, że świat należy do mnie. Paweł był wszystkim – pierwszą miłością, przyjacielem, bratnią duszą. Poznaliśmy się na przystanku tramwajowym, kiedy spóźniłam się na zajęcia do liceum. On podał mi parasol w deszczu i od tamtej pory już zawsze był obok.
Ale dla mojego ojca Paweł był tylko synem robotnika z Bałut. „Nie po to harowałem całe życie, żebyś skończyła jak twoja matka!” – powtarzał. Mama milczała. Zawsze milczała.
Pamiętam tamten wieczór, kiedy Paweł przyszedł pod nasze okno. Stał w deszczu, mokry do suchej nitki. – Uciekniemy razem – powiedział przez szybę. – Nie pozwól im decydować za ciebie.
Serce waliło mi jak oszalałe. Chciałam rzucić wszystko i pobiec za nim. Ale wtedy ojciec złapał mnie za ramię i szepnął: – Jeśli wyjdziesz przez te drzwi, już nigdy nie wracaj.
Zostałam. Zdradziłam siebie.
Paweł wyjechał do Warszawy. Pisał listy przez kilka miesięcy, ale ja nie odpowiadałam. Każdy list chowałam pod poduszką i płakałam nocami, aż w końcu przestały przychodzić.
Ojciec był zadowolony. Zapisał mnie na studia ekonomiczne, znalazł praktyki u znajomego w banku. Mówił: „Zobaczysz, jeszcze będziesz szczęśliwa”. Ale szczęście było jak niebieska nić – cienka, ledwie widoczna, a jednak ciągnęła się przez całe moje życie.
Wyszłam za mąż za Michała – syna kolegi ojca z pracy. Był dobry, spokojny, przewidywalny. Mieliśmy dwójkę dzieci: Olę i Kacpra. Dom na Retkini, kredyt hipoteczny i codzienność wypełnioną zakupami w Lidlu i rozmowami o rachunkach.
Ale nigdy nie przestałam myśleć o Pawle.
Czasem śnił mi się ten wieczór pod oknem. Czasem budziłam się z krzykiem i Michał pytał: – Znowu koszmar?
– Tak – odpowiadałam i szłam do kuchni zaparzyć herbatę.
Lata mijały. Ojciec zachorował na raka płuc. Przez ostatnie miesiące życia leżał w łóżku i patrzył na mnie tym samym surowym wzrokiem co zawsze.
– Zrobiłem to dla twojego dobra – powiedział kiedyś cicho.
Nie odpowiedziałam.
Po jego śmierci znalazłam w szufladzie stare listy od Pawła – wszystkie otwarte, wszystkie przeczytane przez ojca. Poczułam gniew tak silny, że aż zabrakło mi tchu.
– Ukradłeś mi życie – wyszeptałam do pustego pokoju.
Kilka miesięcy później spotkałam Pawła przypadkiem na Piotrkowskiej. Był starszy, siwiejący przy skroniach, ale ten sam błysk w oczach. Uśmiechnął się smutno.
– Myślałem, że wyjechałaś za granicę – powiedział.
– Myślałam o tym wiele razy – odpowiedziałam drżącym głosem.
Usiedliśmy w kawiarni przy stoliku pod oknem. Opowiedział mi o swoim życiu: żona zmarła na raka trzy lata temu, dorosły syn studiuje architekturę w Gdańsku.
– A ty? Jesteś szczęśliwa? – zapytał nagle.
Zawahałam się. Przez chwilę chciałam skłamać, ale nie potrafiłam.
– Nie wiem – wyszeptałam. – Czasem wydaje mi się, że żyję cudzym życiem.
Patrzył na mnie długo i milczał.
Po tym spotkaniu wszystko zaczęło się sypać. Michał zauważył moją nieobecność duchem. Dzieci pytały: – Mamo, czemu jesteś smutna?
Nie umiałam im odpowiedzieć.
Pewnego wieczoru Michał powiedział: – Jeśli chcesz odejść, powiedz to teraz. Zasługuję na prawdę.
Poczułam ulgę i strach jednocześnie.
– Nie wiem już, kim jestem – odpowiedziałam szczerze.
Odeszłam miesiąc później. Wynajęłam małe mieszkanie na Julianowie i zaczęłam od nowa. Dzieci odwiedzały mnie co drugi weekend; Michał był dla nich dobry i nigdy nie mówił o mnie źle.
Czasem spotykałam się z Pawłem na kawie lub spacerze po parku Źródliska. Rozmawialiśmy godzinami o tym, co mogło być inaczej.
Ale czasu nie da się cofnąć.
Dziś mam czterdzieści pięć lat i patrzę w lustro z pytaniem: czy gdybym wtedy wybiegła z domu za Pawłem, byłabym szczęśliwsza? Czy można naprawić to, co się rozpadło przez cudze decyzje?
A może każda z tych niebieskich nici prowadzi nas tam, gdzie naprawdę powinniśmy być?
Czy Wy też czasem żałujecie wyborów sprzed lat? Co byście zrobili na moim miejscu?