Nieproszony gość: Jak jedno popołudnie z moją teściową zmieniło wszystko

— Otworzysz? — usłyszałam głos Pawła z kuchni, kiedy dzwonek do drzwi rozdarł ciszę sobotniego popołudnia. Zamarłam. Nie spodziewaliśmy się nikogo, a ja wciąż miałam na sobie rozciągnięty dres i tłuste włosy po całym tygodniu pracy. Dzieci bawiły się w salonie, a ja marzyłam tylko o chwili spokoju.

Podniosłam się niechętnie i podeszłam do drzwi. Przez wizjer zobaczyłam znajomą sylwetkę — moja teściowa, pani Zofia, stała z torbą zakupów i miną, która nie wróżyła niczego dobrego. Otworzyłam drzwi, próbując wymusić uśmiech.

— Dzień dobry, mamo — powiedziałam cicho.

— Dzień dobry, Aniu. Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale pomyślałam, że wpadnę zobaczyć wnuki. I przyniosłam wam trochę pierogów — odpowiedziała, wchodząc do mieszkania bez zaproszenia.

Paweł wyszedł z kuchni, uśmiechnął się szeroko i przywitał matkę serdecznym uściskiem. Dzieci rzuciły się jej na szyję. Ja stałam z boku, czując się jak intruz we własnym domu.

Zofia od razu zaczęła rozstawiać się po kuchni. Wyciągała swoje pierogi, poprawiała ręczniki na blacie, komentowała bałagan w przedpokoju.

— Oj, Aniu, znowu te buty porozrzucane… A ręczniki? Przecież mówiłam ci już tyle razy, że trzeba je zmieniać codziennie — westchnęła teatralnie.

Zacisnęłam zęby. Paweł udawał, że nie słyszy. Dzieci śmiały się w salonie, a ja czułam narastającą gulę w gardle. To nie był pierwszy raz, kiedy Zofia pozwalała sobie na takie uwagi. Ale tym razem byłam zmęczona i rozdrażniona po całym tygodniu pracy w szkole.

— Mamo, może usiądziesz? Napijesz się kawy? — zaproponowałam, próbując zachować spokój.

— Kawy nie piję po południu, przecież wiesz. Ale herbatę chętnie — odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy.

Zaparzyłam herbatę i usiadłam naprzeciwko niej przy stole. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.

— Aniu, muszę ci coś powiedzieć — zaczęła Zofia nagle. — Paweł mówił mi ostatnio, że dzieci coraz częściej jedzą gotowe obiady. Wiesz, że to niezdrowe? Może powinnaś pomyśleć o tym, żeby mniej pracować i więcej czasu spędzać w domu?

Poczułam, jak robi mi się gorąco ze złości.

— Mamo, pracuję na pełen etat tak samo jak Paweł. Staram się jak mogę — odpowiedziałam drżącym głosem.

— Ale kobieta powinna dbać o dom! Ja zawsze miałam wszystko pod kontrolą — odparła Zofia z wyższością.

Paweł siedział cicho jak mysz pod miotłą. Wiedziałam już, że nie mogę liczyć na jego wsparcie.

— Mamo, to jest nasz dom i nasze zasady — powiedziałam stanowczo. — Proszę cię, nie oceniaj mnie przy dzieciach.

Zofia spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— A więc teraz nie mogę nawet powiedzieć swojego zdania? To ja już tu nie jestem mile widziana?

Dzieci ucichły i patrzyły na nas szeroko otwartymi oczami. Paweł próbował załagodzić sytuację:

— Mamo, Ania ma rację. Każda rodzina ma swoje zwyczaje…

Ale Zofia już była obrażona. Wstała gwałtownie od stołu.

— W takim razie nie będę wam przeszkadzać! — rzuciła i wybiegła z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zatrzęsły się szyby.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Dzieci zaczęły płakać. Paweł patrzył na mnie z wyrzutem.

— Po co musiałaś się tak stawiać? Przecież to moja matka…

— A ja? Ja się nie liczę? — odpowiedziałam ze łzami w oczach.

Wieczorem Paweł długo rozmawiał przez telefon z matką za zamkniętymi drzwiami sypialni. Ja siedziałam sama w kuchni i płakałam nad zimną herbatą. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy naprawdę jestem złą żoną i matką? Czy powinnam była przemilczeć jej uwagi? Czy to ja rozwalam naszą rodzinę?

Następnego dnia Zofia zadzwoniła do Pawła i powiedziała mu, że nie chce już więcej przychodzić do naszego domu. Że została upokorzona przez własną synową. Paweł był rozbity. Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była napięta jak struna. Dzieci pytały o babcię, a ja czułam się winna wszystkiemu.

Minęły miesiące zanim Zofia zgodziła się przyjść na urodziny starszego syna. Przyszła chłodna i zdystansowana. Rozmawiała tylko z Pawłem i wnukami. Ja byłam dla niej przezroczysta.

Do dziś nasze relacje są napięte. Paweł często staje po stronie matki albo milczy, kiedy ona mnie krytykuje. Czasem mam wrażenie, że jestem sama przeciwko całemu światu.

Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była przemilczeć jej słowa dla dobra rodziny? A może czasem lepiej zostawić drzwi zamknięte i chronić swój spokój za wszelką cenę?