Ojciec wrócił, gdy usłyszał o spadku – historia zdrady i walki o własną godność

– Kiedy zamierzasz mnie wpuścić? – głos ojca odbijał się echem w ciasnej klatce schodowej starej kamienicy. Stałam za drzwiami, ściskając klamkę tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Nie widziałam go od piętnastu lat. Ostatni raz, gdy go widziałam, miałam dziewięć lat i płakałam w kuchni, bo obiecał, że przyjdzie na moje urodziny. Nie przyszedł.

Teraz wrócił. Wrócił, bo babcia umarła i zostawiła mi dom na wsi pod Piotrkowem oraz kawałek ziemi. Przez całe dzieciństwo mama powtarzała: „Twój ojciec jest zajęty, ale cię kocha”. Kłamała. Widziałam to w jej oczach, kiedy wieczorami siadała przy oknie i patrzyła w ciemność.

Otworzyłam drzwi. Stał tam – starszy, siwiejący, z twarzą zmęczoną życiem. Pachniał tanim papierosem i wodą kolońską. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Cześć, Zosiu – powiedział cicho.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego odsunęłam się na bok, wpuszczając go do środka. Przeszedł przez przedpokój jak ktoś obcy, kto nie wie, czy może zdjąć buty.

– Słyszałem… – zaczął, ale przerwałam mu:

– Wiem, po co przyszedłeś.

Zawahał się. – To nie tak…

– A jak? – zapytałam ostro. – Nie było cię przez całe moje życie. Teraz nagle sobie o mnie przypomniałeś?

Usiadł ciężko na krześle w kuchni. Przez chwilę milczał, patrząc na swoje dłonie.

– Zosia… Ja wiem, że zawaliłem. Ale życie…

– Życie? – przerwałam mu z goryczą. – Życie to ja miałam bez ojca. Ty miałeś wybór.

W jego oczach pojawiły się łzy. Może szczere, może nie. Nie potrafiłam już rozpoznać.

Przez kolejne dni próbował mnie przekonać, że chce naprawić nasze relacje. Przynosił kwiaty, robił zakupy, opowiadał historie z młodości. Ale za każdym razem czułam ten sam chłód – wiedziałam, że chodzi o dom i ziemię po babci. Słyszałam jego rozmowy przez telefon:

– Tak, Zosia dostała wszystko… Tak, dom pod Piotrkowem… Spokojnie, pogadam z nią…

Pewnego wieczoru przyszedł z butelką wódki i dwoma kieliszkami.

– Usiądź ze mną – poprosił.

Usiadłam naprzeciwko niego. Nalewał wódkę z ręką lekko drżącą.

– Pamiętasz, jak byliśmy razem na rybach? – zapytał nagle.

– Nie pamiętam – odpowiedziałam szczerze. – Byłam za mała.

Westchnął ciężko.

– Chciałem być lepszym ojcem… Ale nie umiałem. Teraz chciałbym to naprawić.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Chcesz naprawić czy chcesz dostać dom?

Zamilkł. W tej ciszy było wszystko: jego żal, moja złość i przepaść między nami.

Następnego dnia zadzwoniła ciotka Basia:

– Zosiu, słyszałam, że twój ojciec znów się pojawił… Uważaj na niego. On zawsze był chytry na pieniądze.

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, co zrobić. Dom babci był dla mnie czymś więcej niż tylko budynkiem – to tam spędzałam wakacje, tam uczyłam się piec drożdżowe ciasto i słuchałam opowieści o dawnych czasach. To było moje miejsce na ziemi.

Ojciec zaczął naciskać coraz bardziej:

– Zosia, przecież nie dasz rady sama utrzymać tego domu… Sprzedajmy go i podzielmy się pieniędzmi!

– Nie sprzedam! – krzyknęłam w końcu. – To jedyne miejsce, gdzie czułam się kochana!

Wybiegł trzaskając drzwiami. Przez kilka dni nie dawał znaku życia. Potem przyszło pismo od prawnika – ojciec domagał się części spadku jako „bliski krewny”.

Czułam się zdradzona po raz kolejny. Najpierw zostawił mnie jako dziecko, teraz chciał odebrać mi ostatnią rzecz po babci.

Mama próbowała mnie pocieszać:

– Zosiu, nie pozwól mu tego zrobić. Babcia chciała, żebyś to ty miała ten dom.

Ale ja czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona. Przyjaciele mówili:

– Rodzina to nie zawsze ci, którzy mają z tobą wspólną krew.

Zaczęłam spędzać więcej czasu w domu babci – remontowałam stare pokoje, sadziłam kwiaty w ogrodzie, rozmawiałam z sąsiadami. To oni stali się moją nową rodziną: pani Jadzia przynosiła mi świeże jajka, pan Marek pomagał naprawić dach.

Proces sądowy ciągnął się miesiącami. Ojciec przychodził na rozprawy z nową partnerką i udawał troskliwego rodzica.

– Zosiu, przecież jesteśmy rodziną…

Patrzyłam na niego bez emocji. Rodzina? Czy rodzina tak postępuje?

W końcu sąd przyznał mi rację – dom i ziemia zostały przy mnie. Ojciec wyszedł z sali sądowej bez słowa.

Przez długi czas nie mogłam spać spokojnie. Wciąż słyszałam jego głos: „Jesteśmy rodziną…”

Dziś siedzę na ganku domu babci i patrzę na zachodzące słońce nad polami. Wiem już jedno: rodzina to ci, którzy są przy tobie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujesz.

Czasem myślę: czy potrafiłabym mu wybaczyć? Czy można przebaczyć komuś, kto wraca tylko wtedy, gdy coś chce zabrać? Może wy też macie takie doświadczenia… Jak poradziliście sobie ze zdradą najbliższych?