Ślubny Sen, Który Zamienił Się w Koszmar: Jak Pieniądze Rozdarły Naszą Rodzinę

– Mamo, jestem zaręczona! – Ada wbiegła do kuchni z błyszczącymi oczami i pierścionkiem na palcu. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już rzuciła mi się na szyję. Poczułam łzy szczęścia napływające do oczu. Przez chwilę świat zatrzymał się w miejscu – widziałam tylko moją córkę, która dorosła szybciej, niż byłam gotowa to przyjąć.

Nie minęło jednak wiele czasu, zanim radość zaczęła ustępować miejsca niepokojowi. Zbyszek, jej narzeczony, pochodził z rodziny, która – jak się okazało – miała ostatnio poważne problemy finansowe. Jego ojciec stracił pracę w stoczni w Gdańsku, a matka ledwo wiązała koniec z końcem na kasie w Biedronce. My z mężem, Markiem, też nie byliśmy bogaci, ale przez lata odkładaliśmy na ślub Ady. Chcieliśmy, żeby miała piękny dzień – taki, o jakim marzy każda dziewczyna.

Pierwsze spotkanie obu rodzin odbyło się u nas. Stół uginał się od pierogów i schabowych, a atmosfera była napięta jak struna. – Myślę, że powinniśmy podzielić się kosztami wesela po połowie – powiedział ojciec Zbyszka, pan Janusz, z miną człowieka, który nie znosi sprzeciwu. Marek spojrzał na mnie ukradkiem. Wiedziałam, że to dla niego cios w dumę – przecież w naszej rodzinie to rodzice panny młodej biorą na siebie większość wydatków.

– Panie Januszu, rozumiem państwa sytuację, ale tradycja jest tradycją – odpowiedział Marek chłodno.

– Tradycja tradycją, ale czasy się zmieniły – odburknął Janusz. – Nie będziemy żebrać po rodzinie na wasze fanaberie.

Ada i Zbyszek siedzieli przy stole jak sparaliżowani. Widziałam łzy w oczach córki. Po kolacji zamknęła się w swoim pokoju i długo nie chciała ze mną rozmawiać.

Zaczęły się tygodnie pełne napięcia. Każda rozmowa o ślubie kończyła się kłótnią. Marek coraz częściej wracał z pracy rozdrażniony. – Nie dam się upokorzyć! – krzyczał pewnego wieczoru. – Nie będę płacił za wszystko sam!

Ada próbowała łagodzić sytuację. – Mamo, może zrobimy skromniejsze wesele? Może wystarczy obiad dla najbliższych?

Ale ja nie chciałam jej tego odbierać. Przecież całe życie marzyła o białej sukni i tańcach do rana. – To twój dzień, córeczko – powtarzałam jej uparcie.

W końcu przyszła wiadomość od rodziców Zbyszka: „Nie stać nas na udział w kosztach wesela. Jeśli to problem, możemy się wycofać.”

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Rano Marek powiedział: – Może to znak? Może Ada powinna jeszcze poczekać?

Ada usłyszała naszą rozmowę i wybuchła płaczem. – Dlaczego wszystko musi być takie trudne?! Czy naprawdę ważniejsze są pieniądze niż nasze szczęście?

Przez kolejne dni w domu panowała cisza. Ada zamknęła się w sobie, a ja czułam się bezradna jak nigdy dotąd. Zaczęłam zastanawiać się nad własnymi priorytetami. Czy naprawdę chodziło mi o tradycję? A może o to, żeby nikt nie pomyślał, że nas nie stać?

Pewnego wieczoru Ada przyszła do mnie do kuchni. Usiadła naprzeciwko i spojrzała mi prosto w oczy.

– Mamo… Ja już nie chcę tego ślubu. Nie takiego.

Zamarłam.

– Co masz na myśli?

– Nie chcę wesela pełnego kłótni i żalu. Chcę być szczęśliwa z Zbyszkiem, nawet jeśli to będzie tylko ślub cywilny i kawa u was w domu.

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Ulgę, bo Ada podjęła decyzję sama; smutek, bo nasze marzenia o wielkim weselu legły w gruzach.

Zadzwoniłam do Marka i powiedziałam mu o decyzji Ady. Był wściekły.

– To przez nich! Przez tych biedaków! Zniszczyli wszystko!

Nie miałam już siły walczyć. Patrzyłam na Adę i widziałam dziewczynkę, która kiedyś tuliła się do mnie po koszmarze sennym. Teraz jej koszmar był prawdziwy.

Ślub odbył się skromnie – tylko my, rodzice Zbyszka i dwójka świadków. Po wszystkim usiedliśmy przy stole w naszym salonie i przez chwilę było cicho.

Nagle pan Janusz podszedł do Ady i podał jej kopertę.

– Przepraszam cię, dziecko… Nie chciałem tego wszystkiego. Chciałem tylko… żebyście byli szczęśliwi.

Ada rozpłakała się na dobre. Ja też nie mogłam powstrzymać łez.

Dziś patrzę na zdjęcia z tego dnia i zastanawiam się: czy naprawdę warto było tyle walczyć o pozory? Czy pieniądze mogą być ważniejsze niż miłość i spokój naszych dzieci?

Czasem myślę: ile rodzin jeszcze musi przejść przez taki koszmar? Czy potrafimy nauczyć się rozmawiać o pieniądzach bez ranienia siebie nawzajem?