Nigdy nie jestem dość dobra dla mojej teściowej – historia jednej polskiej rodziny

– Znowu przyszłaś w tych butach? – głos pani Ireny przeszył ciszę sobotniego poranka niczym nóż. Stałam w przedpokoju, ściskając siatki z zakupami, a jej wzrok zatrzymał się na moich trampkach, jakby od nich zależało szczęście całej rodziny.

Bartek, mój mąż, próbował rozładować atmosferę: – Mamo, daj spokój, to tylko buty.

Ale ona już była w swoim żywiole. – W moim domu nie chodzi się w takich rzeczach! I znowu nie kupiłaś tej kawy, co zawsze! Czy ja muszę wszystko sama?

Wiedziałam, że to dopiero początek. Każdy weekend wyglądał tak samo. Od kiedy Bartek i ja pobraliśmy się trzy lata temu, soboty i niedziele przestały być czasem odpoczynku. Zamiast tego były wiecznym egzaminem z bycia „dobrą żoną” i „porządną synową”.

Pani Irena mieszkała piętro wyżej w naszym bloku na warszawskim Ursynowie. Kiedyś myślałam, że to wygodne – bliskość rodziny, pomoc przy dziecku. Ale szybko okazało się, że ta bliskość to klatka.

– Zosia, wynieś śmieci! – krzyknęła z kuchni, zanim zdążyłam zdjąć kurtkę. – I przetrzyj podłogę w łazience, bo znowu jest brudna.

Bartek spojrzał na mnie bezradnie. Wiedziałam, że czuje się winny. Próbował rozmawiać z matką, ale ona zawsze miała gotową odpowiedź: „Ja tylko chcę wam pomóc! Gdyby nie ja, to byście tu zginęli!”

Najgorsze były niedziele. Po obiedzie, który oczywiście musiałam przygotować według jej przepisu („Nie tak się robi schabowe, Zosiu!”), zaczynały się rozmowy o przyszłości. – Kiedy drugie dziecko? – pytała z uśmiechem, który nie znosił sprzeciwu. – W twoim wieku już miałam dwójkę!

Czułam się jak służąca we własnym domu. Nawet nasza córka, pięcioletnia Marysia, zaczęła pytać: – Mamusiu, dlaczego babcia zawsze na ciebie krzyczy?

Pewnej soboty nie wytrzymałam.

– Pani Ireno, czy mogłabym dziś po prostu odpocząć? Jestem zmęczona po całym tygodniu pracy…

Spojrzała na mnie z pogardą. – Zmęczona? Ty? Ja pracowałam na trzy zmiany i jeszcze dom prowadziłam! Dzisiejsze kobiety są takie wygodne…

Bartek próbował stanąć po mojej stronie:
– Mamo, Zosia naprawdę ciężko pracuje. Może dziś damy jej spokój?

Ale ona tylko machnęła ręką:
– Ty też byłbyś inny, gdybyś miał porządną żonę!

Wtedy coś we mnie pękło. Wyszedłam na balkon i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się upokorzona i samotna. Przypomniałam sobie własną mamę, która zawsze powtarzała: „Rodzina to wsparcie”. Ale tu wsparcia nie było – była tylko kontrola i wieczne pretensje.

Wieczorem Bartek przyszedł do mnie do sypialni.
– Przepraszam cię za mamę… Nie wiem już, co robić.

– Może powinniśmy się wyprowadzić? – zapytałam cicho.

Zamilkł. Wiedziałam, że to dla niego trudne. Był jedynakiem, a pani Irena całe życie poświęciła dla niego. Ale czy to znaczyło, że teraz my musimy poświęcić własne szczęście?

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z teściową szczerze.
– Pani Ireno… Proszę mi pozwolić być sobą. Chcę być dobrą żoną i matką po swojemu. Proszę nie wymagać ode mnie rzeczy, które są dla mnie za trudne.

Patrzyła na mnie długo w milczeniu.
– Myślisz, że ja miałam łatwo? – zapytała w końcu. – Ale dobrze… Skoro tak chcesz…

Nie wiem, czy uwierzyła mi choć trochę. Ale od tamtej pory coś się zmieniło. Przestała wydawać polecenia przy każdej okazji. Czasem jeszcze rzuci kąśliwym komentarzem, ale już nie tak często.

Bartek i ja zaczęliśmy planować przeprowadzkę na obrzeża miasta. Chcemy mieć własny kąt i własne zasady.

Często zastanawiam się: czy można kochać rodzinę i jednocześnie stawiać granice? Czy jestem złą synową, bo chcę żyć po swojemu? A może każda kobieta powinna czasem powiedzieć „dość”? Co wy o tym myślicie?