Moja córka wstydzi się mnie, bo nie stać mnie na prezenty. Historia samotnej matki z Polski
– Mamo, czy musisz przychodzić w tej starej kurtce? – Kasia szepnęła mi do ucha, kiedy weszłyśmy do mieszkania jej teściów. Zatrzymałam się w progu, czując jak policzki płoną mi ze wstydu. Wszyscy już byli – elegancka pani Grażyna z perłami na szyi, pan Marek w garniturze, nawet młodszy brat jej męża w nowej koszuli. A ja… Ja miałam na sobie tę samą kurtkę, którą noszę od pięciu lat.
Przez chwilę chciałam się cofnąć, wyjść na klatkę schodową i zniknąć. Ale przecież przyszłam tu dla Kasi. Dla niej zawsze robiłam wszystko. Po śmierci mojego męża, kiedy Kasia miała zaledwie siedem lat, świat runął mi na głowę. Zostałam sama z dzieckiem i kredytem na mieszkanie w bloku na Pradze. Pracowałam wtedy jako kasjerka w Biedronce, czasem dorabiałam sprzątaniem u sąsiadów. Każda złotówka była ważna.
Kasia nigdy nie miała nowych zabawek ani markowych ubrań. Ale zawsze miała ciepło, obiad i moje ramiona, kiedy płakała po nocach za tatą. Myślałam, że to wystarczy. Że miłość jest ważniejsza niż pieniądze.
Teraz patrzyłam na nią – dorosłą kobietę, żonę Pawła, który pochodził z rodziny lekarzy. Ich mieszkanie było pełne drogich sprzętów i obrazów. Na stole czekały prezenty – pięknie zapakowane paczki od teściów dla Kasi i Pawła. Ja miałam tylko małe pudełko z własnoręcznie upieczonymi pierniczkami.
– Dziękujemy za prezenty! – pani Grażyna uśmiechnęła się szeroko, wręczając Kasi kopertę z pieniędzmi i nowy zegarek. Paweł dostał elegancki portfel. Kiedy przyszła moja kolej, podałam Kasi pierniczki. Spojrzała na mnie szybko i odłożyła pudełko na bok.
– Dziękuję, mamo – powiedziała cicho.
Wróciłam do domu późnym wieczorem. Siedziałam przy kuchennym stole i patrzyłam na swoje ręce – spracowane, popękane od zimna i detergentów. W głowie dudniły mi słowa Kasi: „Czy musisz przychodzić w tej starej kurtce?”
Następnego dnia zadzwoniłam do niej.
– Kasiu, czy coś się stało? – zapytałam niepewnie.
– Nie… Po prostu… Wiesz, Pawełowi trochę głupio przed rodzicami. Oni zawsze dają nam coś fajnego, a ty…
– A ja co? – przerwałam jej, czując jak łzy napływają mi do oczu.
– No… Nie musisz się tak starać. Lepiej nic nie przynoś.
Zamilkłam. Przez chwilę słyszałam tylko jej oddech w słuchawce.
– Mamo? – spytała niepewnie.
– Dobrze, Kasiu – odpowiedziałam cicho i rozłączyłam się.
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy koleżanki rozmawiały o prezentach dla dzieci i wnuków. Ja milczałam. Czułam się gorsza – jakbym była niewidzialna. Nawet sąsiadka pani Zosia zauważyła:
– Aniu, co taka smutna chodzisz?
Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że własna córka się mnie wstydzi?
W niedzielę poszłam na spacer do parku Skaryszewskiego. Siedziałam na ławce i patrzyłam na matki z dziećmi. Przypomniałam sobie, jak Kasia biegała po tym samym parku w różowej czapeczce z pomponem. Wtedy byłam dla niej całym światem.
Wieczorem zadzwonił telefon.
– Mamo… Przepraszam – usłyszałam cichy głos Kasi.
– Za co? – spytałam zmęczona.
– Za wszystko… Za to, że cię zraniłam. Ale ja… Ja po prostu nie chcę, żeby ludzie się śmiali z nas…
– Ludzie zawsze będą gadać – przerwałam jej. – Ale to nie powód, żeby się wstydzić własnej matki.
Znowu zapadła cisza.
– Może przyjdziesz do nas na obiad? Bez prezentów… Po prostu pobądźmy razem.
Zgodziłam się, choć serce miałam ciężkie jak kamień.
W niedzielę usiadłyśmy razem przy stole. Paweł był uprzejmy, ale wyczuwałam dystans. Kasia próbowała rozmawiać o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie spojrzała mi prosto w oczy:
– Mamo… Czy ty naprawdę myślisz, że jestem z ciebie dumna?
Zaniemówiłam.
– Bo jestem – powiedziała cicho. – Tylko czasem… Chciałabym mieć normalną rodzinę.
Poczułam ukłucie w sercu.
– A co to znaczy „normalną”? Taką z pieniędzmi?
Kasia spuściła wzrok.
– Nie wiem… Może po prostu taką jak inni.
Wróciłam do domu i długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, ile warte jest życie samotnej matki w Polsce. Czy naprawdę liczą się tylko pieniądze? Czy miłość i poświęcenie nic nie znaczą?
Dziś wiem jedno: nigdy nie będę taka jak Grażyna czy Marek. Nie kupię córce zegarka za dwa tysiące złotych ani nie zabiorę jej do spa w Zakopanem. Ale dałam jej wszystko, co miałam – siebie.
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy bycie matką bez pieniędzy to powód do wstydu? Czy naprawdę musimy mierzyć swoją wartość tym, ile możemy dać materialnie? Może ktoś z was zna odpowiedź…