Odmówiłem ślubu z ciężarną narzeczoną: Rozbita rodzina i sumienie na krawędzi. Czy uciekłem przed odpowiedzialnością?

— Michał, musimy porozmawiać — głos Lucyny drżał, a jej dłonie ściskały kubek z herbatą tak mocno, że bałem się, iż zaraz pęknie. Siedzieliśmy w moim pokoju, w domu rodziców na warszawskim Mokotowie. Za oknem padał deszcz, a ja czułem, jakby każda kropla uderzała prosto w moje serce.

— Jestem w ciąży — powiedziała cicho, patrząc mi prosto w oczy. Przez chwilę nie mogłem oddychać. Wszystko we mnie zamarło. Miałem 26 lat, pracowałem na pół etatu w księgarni i kończyłem studia. Nie byłem gotowy na dziecko. Nie byłem gotowy na nic.

— Michał? — Lucyna czekała na moją reakcję.

— To… to niemożliwe — wydukałem. — Przecież… zawsze uważałaś.

— To się zdarza — odpowiedziała spokojnie, choć widziałem łzy w jej oczach. — Ale musimy coś z tym zrobić. Musisz mi powiedzieć, co dalej.

Wtedy do pokoju wszedł mój ojciec, pan Andrzej, zawsze poważny, zawsze wymagający. Spojrzał na nas podejrzliwie.

— Co tu się dzieje? — zapytał.

Lucyna spojrzała na mnie błagalnie. Wziąłem głęboki oddech i powiedziałem:

— Lucyna jest w ciąży.

Ojciec przez chwilę milczał, potem jego twarz stężała.

— No to chyba jasne, co trzeba zrobić. Ślub. I to jak najszybciej.

Poczułem, jakby ktoś mnie uderzył w brzuch. Ślub? Z przymusu? Z powodu błędu?

— Nie chcę ślubu — powiedziałem cicho.

Ojciec spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

— Co ty wygadujesz? Zhańbisz rodzinę? Matka się załamie! Ty się załamiesz! Co ludzie powiedzą?

Lucyna zaczęła płakać. Ja patrzyłem na swoje dłonie i czułem się jak dziecko, które zrobiło coś bardzo złego i nie wie, jak to naprawić.

Przez kolejne dni dom zamienił się w pole bitwy. Matka płakała po kątach, ojciec krzyczał. Lucyna próbowała mnie przekonać:

— Michał, ja nie chcę cię zmuszać. Ale nie chcę być sama. Boję się.

Nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Bałem się jeszcze bardziej niż ona. Bałem się odpowiedzialności, bałem się dorosłości, bałem się tego, że już nigdy nie będę wolny.

Pewnego wieczoru ojciec wszedł do mojego pokoju bez pukania.

— Jesteś tchórzem — powiedział zimno. — Zostawiasz ją samą z dzieckiem? To nie jest po męsku. Wstyd mi za ciebie.

Nie odpowiedziałem. Po prostu wyszedłem z domu i długo chodziłem po mokrych ulicach Warszawy. Myślałem o wszystkim: o Lucynie, o dziecku, o tym, jak bardzo nie chcę być taki jak mój ojciec — surowy, wymagający, bezlitosny dla słabości.

Wróciłem późno w nocy. Matka czekała na mnie w kuchni.

— Michałku… — zaczęła łagodnie. — Ja wiem, że się boisz. Ale czasem trzeba zrobić coś trudnego dla innych.

— A jeśli nie potrafię? — zapytałem rozpaczliwie.

— To musisz nauczyć się żyć z tym wyborem — odpowiedziała smutno.

Następnego dnia spotkałem się z Lucyną w parku Łazienkowskim. Siedzieliśmy na ławce pod rozłożystym kasztanowcem.

— Nie mogę ci obiecać ślubu — powiedziałem w końcu. — Nie jestem gotowy. Ale nie zostawię cię samej z dzieckiem. Będę pomagał finansowo, będę przy was.

Lucyna spojrzała na mnie długo.

— Wiesz, czego najbardziej się boję? Że kiedyś nasze dziecko zapyta mnie: „Dlaczego tata nie chciał być z nami?” I co mu powiem?

Nie miałem odpowiedzi.

Wieści szybko rozeszły się po rodzinie i sąsiadach. Ciotka Basia przestała się do mnie odzywać. Babcia płakała przez telefon. W pracy patrzyli na mnie jak na kogoś gorszego. Ojciec przestał ze mną rozmawiać zupełnie.

Czułem się jak trędowaty we własnym domu.

Mijały tygodnie. Lucyna coraz rzadziej do mnie dzwoniła. Widziałem ją raz z matką na zakupach dla dzieci — wyglądała na zmęczoną i smutną. Chciałem podejść, ale zabrakło mi odwagi.

Któregoś dnia dostałem od niej SMS-a: „Urodziłam syna. Ma na imię Kuba.” Przez chwilę siedziałem bez ruchu, patrząc na ekran telefonu. Potem rozpłakałem się jak dziecko.

Ojciec nawet nie spojrzał na mnie tego dnia. Matka tylko pogłaskała mnie po ramieniu i wyszła z kuchni bez słowa.

Zacząłem odwiedzać Kubusia raz w tygodniu. Lucyna była chłodna, ale pozwalała mi go trzymać na rękach. Mały miał moje oczy i jej usta. Patrzyłem na niego i zastanawiałem się, czy kiedykolwiek wybaczy mi to wszystko.

Czasem słyszałem rozmowy rodziców przez drzwi:

— On już nigdy nie będzie taki sam — mówiła matka.

— Sam sobie winien — odpowiadał ojciec.

Zacząłem mieć koszmary: śniło mi się, że Kuba pyta mnie: „Tato, dlaczego nas zostawiłeś?” Budziłem się zlany potem i nie mogłem zasnąć do rana.

Minął rok. Lucyna znalazła nowego partnera — spokojnego informatyka z Ursynowa. Kuba mówi do niego „tato” częściej niż do mnie. Ojciec wciąż nie chce ze mną rozmawiać o niczym poza pogodą i polityką.

Czasem zastanawiam się: czy gdybym wtedy zgodził się na ślub, byłbym szczęśliwszy? Czy Lucyna byłaby szczęśliwsza? Czy Kuba miałby pełną rodzinę?

A może po prostu uciekłem przed odpowiedzialnością i teraz muszę żyć z tym ciężarem?

Czy można naprawić coś takiego? Czy wy też kiedyś baliście się tak bardzo dorosłości?