Dlaczego nie potrzebujemy takich rodziców: Moja walka o dom, rodzinę i szacunek
– Maria, nie rozumiesz? To nie jest nasz obowiązek! – głos Grażyny odbijał się echem w ciasnej kuchni jej mieszkania na Mokotowie. Stałam przy stole, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Marek siedział obok mnie, milczący, z opuszczoną głową.
– Ale mamo… – zaczął cicho.
– Nie „mamo”! – przerwała mu ostro. – Sami musieliśmy sobie radzić. Wy też musicie.
Wtedy poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez ostatnie tygodnie żyliśmy nadzieją, że Grażyna i Dariusz pomogą nam z wkładem własnym na kredyt. W końcu mają dwa mieszkania, jeżdżą na wakacje do Włoch, a na święta kupują sobie nowy ekspres do kawy za kilka tysięcy. My z Markiem od trzech lat wynajmujemy kawalerkę na Pradze, licząc każdy grosz.
Wyszliśmy od nich w milczeniu. Na klatce Marek zatrzymał się i spojrzał na mnie bezradnie.
– Przepraszam, Mario… – wyszeptał. – Myślałem, że…
– Nie przepraszaj – przerwałam mu. – To nie twoja wina.
Ale w środku czułam żal. Nie tylko do nich – do siebie też. Może powinnam była być bardziej stanowcza? Może powinnam była powiedzieć coś więcej? Ale co? Że ich syn codziennie wraca z pracy wykończony, a ja dorabiam korepetycjami po nocach? Że nie chcemy ich pieniędzy na samochód czy wakacje, tylko na dom?
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
– I jak rozmowa? – zapytała z nadzieją.
– Nie pomogą nam – odpowiedziałam krótko.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Kochanie… – zaczęła cicho. – Może spróbujcie jeszcze raz? Może Marek powinien porozmawiać z ojcem?
Ale wiedziałam, że to nie ma sensu. Dariusz był jeszcze bardziej zamknięty niż Grażyna. Zawsze powtarzał: „Każdy jest kowalem własnego losu”.
Przez kolejne dni atmosfera między mną a Markiem była napięta. On zamykał się w sobie, ja chodziłam rozdrażniona. Zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi: o to, kto kupił mleko, kto nie wyniósł śmieci, kto zostawił światło w łazience.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu późno po korepetycjach. Marek siedział przy stole z pustym wzrokiem.
– Dzwoniła mama – powiedział bez emocji. – Pytała, czy już znaleźliśmy mieszkanie.
Poczułam, jak narasta we mnie gniew.
– Naprawdę? Może powiedz jej, że dzięki niej jeszcze długo nie znajdziemy!
Spojrzał na mnie z bólem.
– Mario…
Usiadłam naprzeciwko niego i zaczęłam płakać. Wszystko we mnie pękło: zmęczenie, frustracja, poczucie bezsilności.
– Chciałam tylko… chciałam mieć dom – wyszeptałam przez łzy. – Chciałam mieć miejsce, gdzie będziemy szczęśliwi.
Marek objął mnie i długo siedzieliśmy w ciszy.
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Grażyną jeszcze raz. Zadzwoniłam do niej i poprosiłam o spotkanie.
Spotkałyśmy się w kawiarni na Wilanowie. Grażyna przyszła elegancka jak zawsze, z perfekcyjnie ułożonymi włosami.
– Maria, nie chcę żebyś myślała, że was nie kochamy – zaczęła od razu. – Ale my naprawdę uważamy, że młodzi powinni sami sobie radzić.
– Rozumiem – odpowiedziałam spokojnie. – Ale czy naprawdę nie widzi pani różnicy między pomocą a wyręczaniem? Nie prosimy o wszystko. Prosimy tylko o szansę.
Grażyna spojrzała na mnie uważnie.
– Ja też kiedyś prosiłam moich rodziców o pomoc – powiedziała cicho. – Odmówili mi. I wiesz co? Dzięki temu jestem dziś silna.
Poczułam ukłucie żalu i złości.
– Ale czy to znaczy, że trzeba powielać ten schemat? Czy nie można być lepszym rodzicem?
Grażyna spuściła wzrok.
Wróciłam do domu jeszcze bardziej rozbita niż wcześniej. Przez kolejne tygodnie próbowaliśmy z Markiem zebrać pieniądze na wkład własny: braliśmy dodatkowe zlecenia, sprzedaliśmy stary rower Marka, ograniczyliśmy wyjścia ze znajomymi do minimum. Każda złotówka była na wagę złota.
W tym czasie relacje z rodzicami Marka ochłodziły się do granic możliwości. Na rodzinnych obiadach panowała niezręczna cisza. Grażyna unikała mojego wzroku, Dariusz udawał, że wszystko jest w porządku.
Moja mama próbowała nas wspierać jak mogła: przynosiła słoiki z zupą, czasem dorzucała parę stówek do zakupów. Ale wiedziałam, że sama ledwo wiąże koniec z końcem po śmierci taty.
Pewnego dnia Marek wrócił do domu z nowiną:
– Dostałem podwyżkę! Może jeszcze trochę i damy radę…
Uśmiechnęłam się przez łzy szczęścia i ulgi. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam nadzieję.
Kilka miesięcy później udało nam się zebrać minimalny wkład własny i dostać kredyt na małe mieszkanie na Białołęce. Było ciasne i daleko od centrum, ale było nasze.
Wprowadziliśmy się w listopadzie. Pierwszą noc spędziliśmy na materacu pośród kartonów. Patrzyliśmy na siebie i śmialiśmy się przez łzy.
Na parapetówkę przyszli tylko moi najbliżsi przyjaciele i mama. Rodzice Marka przysłali kwiaty i kartkę: „Gratulacje”.
Patrzyłam wtedy na Marka i pytałam siebie: czy naprawdę rodzina to tylko więzy krwi? Czy wsparcie powinno być warunkowe? Czy duma jest ważniejsza niż szczęście bliskich?
Czasem myślę: czy gdybyśmy dostali tę pomoc, byłoby nam łatwiej? A może właśnie dzięki temu jesteśmy dziś silniejsi? Czy wy też mieliście kiedyś poczucie, że rodzina was zawiodła?