Między dwiema rodzinami: Moja walka o własne miejsce w domu teściowej
— Agnieszka, czy naprawdę musisz tak głośno trzaskać tymi garnkami? — głos pani Haliny przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam z rękami zanurzonymi w pianie, próbując nie wybuchnąć płaczem. To był kolejny dzień, kiedy czułam się jak nieproszony gość we własnym domu. Właściwie — nie, to nigdy nie był mój dom. To był dom Haliny, matki Piotra, mojego męża.
Przyjechałam tu zaraz po ślubie, pełna nadziei i marzeń o wspólnym życiu. Piotr zapewniał mnie: „Mama jest surowa, ale cię polubi. Zobaczysz.” Minęły trzy lata, a ja wciąż czekałam na ten dzień. Każdego ranka budziłam się z ciężarem na piersi, słysząc jej kroki na korytarzu. Każdego wieczoru zasypiałam z poczuciem winy, że nie jestem wystarczająco dobra.
— Przepraszam, nie chciałam… — zaczęłam cicho.
— Zawsze tylko przepraszasz — przerwała mi Halina. — Może byś się w końcu nauczyła robić coś porządnie? Piotr lubi rosół z makaronem domowym, a nie te twoje szybkie zupki.
Piotr wszedł do kuchni, spojrzał na mnie i na matkę. — Mamo, daj spokój. Agnieszka się stara.
— Stara się? — Halina prychnęła. — Gdybyś miał żonę jak trzeba, miałbyś porządek i obiad na czas.
Piotr tylko wzruszył ramionami i wyszedł. Zostałam sama z Haliną i jej niezadowoleniem.
Wieczorem siedziałam na łóżku w naszym małym pokoju. Piotr przeglądał coś w telefonie.
— Piotrze, długo jeszcze będziemy tu mieszkać? Może moglibyśmy wynająć coś swojego?
Nie podniósł wzroku. — Wiesz, że teraz nie mamy pieniędzy. Poza tym mama jest sama od śmierci taty. Nie możemy jej zostawić.
— Ale ja… ja już nie daję rady — wyszeptałam.
— Przesadzasz. Mama po prostu jest wymagająca.
Zacisnęłam pięści. Czy naprawdę przesadzałam? Czy to normalne, że dorosła kobieta boi się wejść do własnej kuchni?
Następnego dnia Halina znów znalazła powód do krytyki. Tym razem chodziło o pranie.
— Kto cię nauczył tak rozwieszać ubrania? Wszystko pomięte! — krzyczała przez okno na podwórko.
Sąsiadka, pani Zofia, spojrzała na mnie ze współczuciem. — Nie przejmuj się, dziecko — szepnęła później. — Ona zawsze taka była. Nawet swojego męża potrafiła do łez doprowadzić.
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
— Agnieszko, jak się trzymasz?
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się w słuchawkę.
— Mamo, ja już nie mogę… Czuję się jak służąca. Piotr mnie nie rozumie. On… on chyba bardziej kocha swoją matkę niż mnie.
— Córeczko, musisz walczyć o siebie. Nie pozwól się zniszczyć.
Ale jak walczyć, kiedy każdy dzień to walka o przetrwanie?
Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy. Usłyszałam rozmowę w kuchni.
— Ona nigdy nie będzie jedną z nas — mówiła Halina do Piotra. — Po co ci taka żona?
— Mamo, przestań! Kocham ją!
— Miłość miłością, ale rodzina to rodzina! — Halina była nieugięta.
Weszłam do kuchni. Oboje zamilkli.
— Słyszałam wszystko — powiedziałam drżącym głosem. — Może rzeczywiście powinnam odejść?
Piotr spojrzał na mnie z przerażeniem. — Nie mów tak…
Halina odwróciła wzrok.
Przez kolejne dni czułam się jak cień. Piotr próbował być milszy, ale widziałam, że jest rozdarty między mną a matką. Ja zaś coraz częściej myślałam o tym, by spakować walizkę i wrócić do rodziców.
W końcu nadszedł dzień przesilenia. Halina wybuchła z powodu rozbitego talerza.
— Ty wszystko psujesz! Nawet talerza nie potrafisz utrzymać!
Nie wytrzymałam.
— Dość! — krzyknęłam przez łzy. — Próbowałam wszystkiego! Chciałam być dobrą żoną i synową! Ale nigdy nie będę dla pani wystarczająca!
Wybiegłam z domu i długo chodziłam po parku. Dzwonił Piotr, ale nie odbierałam. W końcu usiadłam na ławce i pozwoliłam sobie na płacz, którego tak długo w sobie tłumiłam.
Po kilku godzinach wróciłam do domu. Piotr czekał na mnie w pokoju.
— Agnieszka… przepraszam cię za wszystko. Nie wiedziałem, że aż tak cierpisz.
— Musimy coś zmienić — powiedziałam stanowczo. — Albo wyprowadzimy się razem, albo… ja odejdę sama.
Piotr milczał długo.
— Daj mi czas… Postaram się znaleźć rozwiązanie.
Minęły tygodnie pełne napięcia i rozmów. W końcu Piotr znalazł małe mieszkanie do wynajęcia. Wyprowadziliśmy się po cichu, bez pożegnania z Haliną.
Nowe życie było trudne i skromne, ale pierwszy raz od lat poczułam się wolna i szanowana. Piotr powoli uczył się być mężem niezależnym od matki. Ja zaś odzyskiwałam siebie kawałek po kawałku.
Czasem myślę o Halinie i zastanawiam się, czy kiedykolwiek zaakceptuje mój wybór. Ale wiem jedno: nikt nie ma prawa odbierać mi godności i poczucia własnej wartości.
Czy naprawdę trzeba wybierać między miłością a szacunkiem do samej siebie? Ile można poświęcić dla rodziny, zanim straci się siebie zupełnie?