Życie w cieniu teścia – Wyznanie polskiej synowej, która musiała walczyć o własny głos

— Nie będziesz mi tu rządzić, dziewczyno! — głos teścia odbił się echem po kuchni, a ja poczułam, jak moje dłonie drżą nad talerzem z niedojedzonym obiadem. Adam, mój mąż, siedział naprzeciwko, wbijając wzrok w ziemniaki, jakby tam mógł znaleźć odpowiedź na wszystko. Był listopad, zimny i szary, a ja czułam, że w tym domu nie ma miejsca na ciepło.

Wprowadziłam się tu z Adamem dwa miesiące po ślubie. Mieliśmy marzenia o własnym mieszkaniu w Krakowie, ale życie szybko je zweryfikowało. Adam stracił pracę w fabryce, a ja pracowałam tylko na pół etatu w bibliotece. Jego ojciec, pan Stanisław, zaproponował nam pokój na poddaszu swojego domu pod Wieliczką. „Na chwilę”, mówił. Ta chwila trwała już trzeci rok.

Od początku czułam się tu obco. Pan Stanisław był wdowcem od dekady i całe życie układał pod siebie. Wszystko miało swoje miejsce: kubki na półce, buty przy drzwiach, nawet cisza przy stole była wyznaczona godziną. Każde odstępstwo kończyło się komentarzem lub głośnym trzaskaniem drzwiami.

Najgorsze były poranki. Wstawałam przed szóstą, żeby zrobić śniadanie Adamowi do pracy i przygotować kawę teściowi. Pewnego dnia nalałam mu kawy do niewłaściwego kubka — tego z napisem „Najlepszy Dziadek” zamiast zwykłego białego. — Czy ty naprawdę nie rozumiesz prostych rzeczy? — syknął wtedy. Adam milczał. Zawsze milczał.

Wieczorami płakałam w łazience, żeby nikt nie słyszał. Czułam się jak cień we własnym życiu. Moja mama powtarzała przez telefon: „Wytrzymaj jeszcze trochę, może się przyzwyczai”. Ale ja nie chciałam się przyzwyczajać do bycia nikim.

Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle, usłyszałam rozmowę w kuchni. Pan Stanisław mówił do Adama: — Twoja żona to tylko przeszkoda. Zawsze byłaś samodzielny, a teraz co? Siedzisz pod pantoflem.

Zamarłam za drzwiami. Adam nie odpowiedział. Po chwili wyszedł z kuchni i spojrzał na mnie bez słowa. W jego oczach widziałam zmęczenie i rezygnację.

Zaczęłam szukać pracy na pełen etat, byle tylko mieć pretekst do wychodzenia z domu. W bibliotece czułam się potrzebna, ludzie mnie szanowali. Ale wracając do domu, znów stawałam się nikim.

Wszystko zmieniło się pewnej soboty. Pan Stanisław wrócił z zakupów i zobaczył mnie rozmawiającą przez telefon z koleżanką w salonie. — W tym domu nie ma miejsca na plotki! — krzyknął i wyrwał mi telefon z ręki. To był moment przełomowy.

— Dość! — krzyknęłam pierwszy raz w życiu tak głośno. — Mam prawo rozmawiać z kim chcę! Mam prawo być sobą!

Adam patrzył na mnie z niedowierzaniem. Pan Stanisław zaczął krzyczeć jeszcze głośniej, ale ja już go nie słyszałam. Wybiegłam z domu i przez godzinę chodziłam po polach za wsią, płacząc i myśląc o wszystkim, co straciłam przez te lata.

Wieczorem wróciłam i spakowałam walizkę. Adam próbował mnie zatrzymać:
— Zosiu, proszę… On się zmieni.
— Adamie, ile jeszcze lat mam czekać? Ile razy mam być upokarzana?

Nie odpowiedział. Zostawiłam go tamtego wieczoru.

Przez pierwsze tygodnie mieszkałam u koleżanki z pracy. Było ciężko — finansowo i emocjonalnie. Ale po raz pierwszy od lat czułam się wolna. Znalazłam drugą pracę w księgarni i powoli zaczęłam układać sobie życie na nowo.

Adam dzwonił kilka razy, przepraszał, prosił o powrót. Ale wiedziałam już, że nie chcę wracać do życia w cieniu czyichś oczekiwań i żądań.

Dziś mija rok od tamtego dnia. Wynajmuję małe mieszkanie w Krakowie. Mam przyjaciółki, które mnie wspierają i pracę, którą kocham. Czasem myślę o Adamie — czy miał odwagę postawić się ojcu? Czy nadal siedzi przy stole w milczeniu?

Często pytam siebie: ile jeszcze kobiet żyje tak jak ja kiedyś — w cudzym domu, pod cudzymi zasadami, bojąc się powiedzieć „dość”? Czy naprawdę musimy wybierać między miłością a szacunkiem do siebie?

Może to pytanie warto zadać głośno — komu jeszcze brakuje odwagi, by zawalczyć o siebie?