Kiedy Tomek odszedł do młodszej: Moja pierwsza chwila wolności po trzydziestu latach małżeństwa
— Naprawdę to mówisz? — mój głos zadrżał, kiedy patrzyłam na Tomka, który pakował swoje rzeczy do starej walizki. W kuchni pachniało jeszcze kawą, którą przed chwilą zaparzyłam, jakby codzienność próbowała udawać, że nic się nie dzieje. Ale wszystko się zmieniło. — Tak, Aniu. Przepraszam, ale muszę spróbować czegoś innego. Zasługuję na szczęście — odpowiedział beznamiętnie, nie patrząc mi w oczy.
Trzydzieści lat. Trzydzieści lat wspólnego życia, dzieci, kredytów, świąt i kłótni o drobiazgi. I nagle wszystko się skończyło. Tomek odszedł do młodszej kobiety — tej samej, którą jeszcze miesiąc temu przedstawiał jako „koleżankę z pracy”. W jednej chwili zostałam sama w naszym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, z pustką większą niż kiedykolwiek wcześniej.
Przez pierwsze dni czułam się jakby ktoś wyrwał mi serce. Dzwoniła do mnie córka, Marta, próbując mnie pocieszyć: — Mamo, dasz sobie radę. Jesteś silniejsza niż myślisz. Ale ja nie czułam się silna. Czułam się zdradzona i upokorzona. Syn, Bartek, nie odezwał się przez tydzień — był wściekły na ojca, ale i na mnie, że „pozwoliłam” na taki rozwój wydarzeń.
Najgorsze były wieczory. Siadałam przy stole i patrzyłam na dwa puste kubki po herbacie. Wtedy zaczęły wracać wspomnienia: pierwsze randki z Tomkiem na Polach Mokotowskich, narodziny dzieci, wspólne wakacje nad Bałtykiem. I pytania: Gdzie popełniłam błąd? Czy mogłam coś zrobić inaczej?
Pewnej nocy nie mogłam już spać. Wstałam i zaczęłam sprzątać szafki w kuchni. Wyrzucałam stare przyprawy, przeterminowane puszki i… zdjęcia Tomka z różnych wyjazdów służbowych. Z każdym kolejnym wyrzuconym przedmiotem czułam się lżejsza. Nagle dotarło do mnie: przez lata żyłam nie swoim życiem. Zawsze byłam „żoną Tomka”, „mamą Marty i Bartka”, nigdy po prostu Anią.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Basia, przyjaciółka jeszcze z liceum:
— Anka, idziemy na jogę! — oznajmiła stanowczo.
— Ja? Na jogę? Przecież ja nie mam kondycji!
— Tym bardziej! — zaśmiała się Basia.
Poszłyśmy razem do małego studia na Kabatach. Początkowo czułam się jak intruz wśród wysportowanych kobiet w kolorowych legginsach. Ale kiedy zamknęłam oczy i wsłuchałam się w swój oddech, poczułam coś dziwnego — spokój. Po zajęciach usiadłyśmy z Basią na ławce przed studiem.
— Wiesz co? Chyba pierwszy raz od dawna czuję się wolna — powiedziałam cicho.
Zaczęłam robić rzeczy tylko dla siebie. Zapisałam się na kurs fotografii w domu kultury. Kupiłam rower i jeździłam po Lesie Kabackim, słuchając śpiewu ptaków i własnych myśli. Po raz pierwszy od lat nie musiałam nikomu tłumaczyć się z tego, co robię.
Ale życie nie pozwoliło mi długo cieszyć się spokojem. Pewnego dnia zadzwoniła Marta:
— Mamo, tata chce zabrać mnie i Bartka na weekend z jego nową partnerką. Nie wiem, co robić…
Poczułam ukłucie zazdrości i gniewu. Jak on śmie? Jak może tak szybko układać sobie życie na nowo? Ale potem przyszła refleksja: przecież dzieci mają prawo znać ojca takim, jakim jest teraz. Nie mogę im tego zabronić.
Wieczorem Bartek przyszedł do mnie do domu.
— Mamo, tata to idiota — rzucił od progu.
— Bartek, proszę cię… To nie jest takie proste.
— A właśnie że jest! Zostawił cię dla jakiejś gówniary! — krzyczał.
Wtedy po raz pierwszy odważyłam się powiedzieć głośno to, co czułam:
— Synku, ja już nie chcę być ofiarą tej sytuacji. Chcę żyć swoim życiem.
Bartek spojrzał na mnie zaskoczony. Może po raz pierwszy zobaczył we mnie nie tylko matkę, ale kobietę z własnymi pragnieniami i lękami.
Z czasem relacje w rodzinie zaczęły się układać na nowo. Marta przychodziła do mnie częściej — gotowałyśmy razem obiady i rozmawiałyśmy godzinami o wszystkim i o niczym. Bartek zaczął opowiadać mi o swoich problemach w pracy i pierwszych poważnych związkach. Nawet Tomek czasem dzwonił — głównie po to, żeby zapytać o sprawy formalne związane z rozwodem.
Najtrudniejsze było wybaczyć samej sobie — że przez tyle lat pozwalałam innym decydować o moim szczęściu. Ale każdego dnia uczyłam się tego na nowo: stawiać granice, mówić „nie”, dbać o siebie.
Pewnego popołudnia siedziałam z Basią na ławce pod blokiem i patrzyłyśmy na zachodzące słońce nad Warszawą.
— Anka, jesteś inną kobietą niż pół roku temu — powiedziała nagle Basia.
— Może wreszcie jestem sobą? — odpowiedziałam z uśmiechem.
Czasem jeszcze budzę się w nocy i pytam siebie: Czy naprawdę zasługuję na szczęście? Czy można zacząć wszystko od nowa po pięćdziesiątce? Może to właśnie teraz jest mój pierwszy prawdziwy oddech wolności?
A Wy? Czy mieliście kiedyś odwagę zostawić za sobą przeszłość i zacząć żyć tylko dla siebie?