Niechciany ogród: Jak zostałam matką dzieci mojego brata i co to zrobiło z moją rodziną

– Nie, nie możesz tego zrobić! – krzyknęła mama przez telefon, gdy powiedziałam jej, że dzieci Marka zostają u mnie na czas nieokreślony. Była trzecia w nocy, a ja siedziałam na podłodze w kuchni, trzymając na kolanach zapłakaną Zosię. Jej młodszy brat, Michałek, spał skulony na kanapie, wciąż ubrany w brudną bluzę z dinozaurem. W powietrzu czuć było zapach ich zaniedbania – słodkawy, lepki, przypominający o wszystkim, czego im brakowało.

Telefon zadzwonił godzinę wcześniej. Policja. Marek został zatrzymany za jazdę po alkoholu. Jego partnerka zniknęła kilka dni temu. Dzieci były same w mieszkaniu przez dwa dni. Nikt z sąsiadów nie chciał się wtrącać. Dopiero kiedy Zosia zaczęła płakać na klatce schodowej, ktoś zadzwonił po pomoc.

– Aniu, musisz je zabrać – powiedziała policjantka. – Albo trafią do pogotowia opiekuńczego.

Nie miałam czasu myśleć. Pojechałam po nich w piżamie i płaszczu. Wzięłam ich za ręce i przyrzekłam sobie, że zrobię wszystko, by nie musieli już nigdy więcej się bać.

Ale teraz, gdy siedziałam w kuchni i słuchałam krzyków mamy w słuchawce, poczułam się jak dziecko. – To nie twoja odpowiedzialność! – powtarzała. – Marek zawsze miał kłopoty, ale nie możesz niszczyć sobie życia przez jego błędy!

Spojrzałam na Zosię. Miała siedem lat i oczy tak duże, jakby widziały już wszystko. – Ciociu Aniu, czy tata wróci? – zapytała cicho.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez następne dni żyliśmy jak na bombie zegarowej. Michałek budził się z krzykiem każdej nocy. Zosia milczała i patrzyła przez okno. Ja chodziłam do pracy na pół etatu i próbowałam ogarnąć świat, który nagle stał się o wiele za duży.

Rodzina podzieliła się na dwa obozy. Mama i tata byli wściekli – uważali, że powinnam oddać dzieci do rodziny zastępczej. – Nie dasz rady! – powtarzała mama. – Jesteś sama, masz kredyt, nie masz doświadczenia!

Z drugiej strony była ciocia Basia, która przychodziła z zupą i cichym wsparciem. – Dobrze robisz – mówiła, głaszcząc mnie po ramieniu. – Ktoś musi przerwać ten łańcuch.

Najgorsze były wizyty Marka w areszcie. Patrzył na mnie z wyrzutem. – Zabrałaś mi dzieci – syczał przez szybę. – Myślisz, że jesteś lepsza? Że możesz być ich matką?

Nie chciałam być ich matką. Chciałam tylko, żeby były bezpieczne.

Ale dzieci zaczęły mnie potrzebować bardziej niż ktokolwiek wcześniej. Michałek tulił się do mnie przed snem i szeptał: – Ciociu, nie oddawaj nas.

Zosia zaczęła rysować domy z ogrodem i napisem „tu jest ciepło”.

Każdego dnia walczyłam z własnym gniewem i bezsilnością. Były dni, kiedy miałam ochotę wszystko rzucić i uciec. Kiedy Michałek rozbił szybę w oknie, bo bał się burzy, krzyczałam na niego tak głośno, że sama się przestraszyłam.

Wieczorem przeprosiłam go i płakaliśmy razem.

Mama przestała się odzywać na kilka tygodni. Tata przysyłał mi tylko krótkie SMS-y: „Daj znać, jak czegoś potrzebujesz”.

W pracy patrzyli na mnie z litością. Koleżanka z biura zapytała: – Po co ci to wszystko? Przecież to nie twoje dzieci.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Z czasem zaczęliśmy tworzyć coś na kształt rodziny. Zosia pomagała mi gotować zupę pomidorową według przepisu babci. Michałek nauczył się mówić „proszę” i „dziękuję”.

Ale Marek wrócił po pół roku. Przyszedł pod mój blok pijany i zaczął krzyczeć: – Oddaj mi dzieci! To moje życie!

Policja zabrała go jeszcze tej samej nocy.

Po tej awanturze mama przyjechała do mnie pierwszy raz od miesięcy. Usiadła przy stole i patrzyła na Zosię bawiącą się klockami.

– Nie wiem, czy robisz dobrze – powiedziała cicho. – Ale widzę, że one cię kochają.

Zosia podeszła do niej i podała jej rysunek: trzy osoby trzymające się za ręce pod wielkim słońcem.

– To nasza rodzina – powiedziała.

Mama rozpłakała się pierwszy raz od lat.

Dziś mija rok od tamtej nocy. Marek jest w ośrodku odwykowym. Dzieci zostały ze mną na stałe. Czasem boję się przyszłości bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale kiedy patrzę na Zosię i Michałka śpiących spokojnie w swoich łóżkach, wiem jedno: nie żałuję ani jednego dnia.

Czy można pokochać dzieci nie swoje jak własne? Czy rodzina to tylko więzy krwi? Czasem myślę: może najważniejsze to być tam, gdzie ktoś najbardziej cię potrzebuje.