Była teściowa chce odebrać mi mieszkanie – Moja walka o niezależność po rozwodzie

– Nie zamierzam się stąd wyprowadzać, pani Zofio. To jest mój dom! – krzyknęłam, czując jak głos mi drży, choć próbowałam brzmieć stanowczo. Stałyśmy naprzeciwko siebie w moim – czy jeszcze moim? – salonie na warszawskim Ursynowie. Była teściowa patrzyła na mnie chłodno, z tą swoją nieugiętą miną, którą znałam aż za dobrze z czasów małżeństwa z jej synem.

– To mieszkanie należy się mojemu synowi. A skoro już nie jesteście razem, powinnaś się wynieść. – Jej głos był spokojny, ale w oczach widziałam pogardę.

W głowie miałam mętlik. Rozwód z Piotrem był dla mnie jak trzęsienie ziemi. Po dziesięciu latach wspólnego życia, po tym jak znosiłam jego zdrady i wieczne pretensje, w końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam: dość. Myślałam, że najgorsze już za mną. Ale wtedy pojawiła się ona – Zofia, moja była teściowa, która nigdy mnie nie zaakceptowała.

Mieszkanie kupiliśmy razem z Piotrem na kredyt, ale to ja spłacałam większość rat. On miał swoje „ważniejsze sprawy” – a to nowy samochód, a to wyjazd z kolegami na Mazury. Po rozwodzie sąd przyznał mi prawo do lokalu, bo Piotr sam się wyprowadził i nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Przynajmniej tak mówił wtedy.

Ale Zofia miała inne plany. Wpadła do mnie bez zapowiedzi, z dokumentami w ręku i miną, która nie wróżyła niczego dobrego.

– Wiesz, Aniu – zaczęła nagle łagodniej – ja tylko chcę sprawiedliwości. Mój syn został bez dachu nad głową.

– Piotr mieszka teraz z nową partnerką na Wilanowie – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Ma się dobrze.

Zofia wzruszyła ramionami.

– To nie zmienia faktu, że to mieszkanie należy do rodziny Kowalskich.

Poczułam, jak ogarnia mnie bezsilność. Przez lata próbowałam być dobrą żoną i synową. Gotowałam dla nich obiady w niedziele, znosiłam krytykę Zofii na temat mojej pracy i wyglądu. A teraz miałam stracić wszystko?

Wieczorem zadzwoniłam do mamy. Liczyłam na wsparcie, ale usłyszałam tylko:

– Aniu, może lepiej odpuść? Po co ci te nerwy? Zawsze możesz wrócić do nas do Radomia.

Poczułam się jeszcze bardziej samotna. Nie chciałam wracać do rodzinnego domu i słuchać ojca narzekającego na „nieudane małżeństwo córki”. Chciałam żyć po swojemu.

Przez kolejne dni Zofia nachodziła mnie coraz częściej. Raz przyszła nawet z notariuszem i próbowała wmówić mi, że mam podpisać jakieś papiery. Innym razem przyprowadziła sąsiadkę jako świadka, że „nie dbam o mieszkanie”.

W pracy byłam cieniem samej siebie. Koleżanka z biura, Magda, zauważyła moje podkrążone oczy.

– Co się dzieje? – zapytała cicho podczas przerwy na kawę.

Opowiedziałam jej wszystko. Magda pokiwała głową ze współczuciem.

– Musisz walczyć. To twoje życie, twoje mieszkanie. Nie daj się zastraszyć.

Jej słowa dodały mi otuchy. Postanowiłam skonsultować się z prawnikiem. Dowiedziałam się, że Zofia nie ma żadnych praw do mojego mieszkania – wszystko było zapisane na mnie i Piotra, a on zrzekł się roszczeń podczas rozwodu.

Ale Zofia nie odpuszczała. Rozpuściła plotki po rodzinie Piotra – że niby „wyrzuciłam ją na bruk”, że „jestem niewdzięczna”. Nawet moja własna siostra zaczęła mi robić wyrzuty:

– Może powinnaś być bardziej ugodowa? Przecież to starsza kobieta…

Czułam się osaczona ze wszystkich stron. Każdy miał dla mnie dobre rady, ale nikt nie rozumiał, jak bardzo pragnę po prostu spokoju i własnego kąta.

Pewnego dnia Zofia przyszła z walizką.

– Skoro ty nie chcesz się wyprowadzić, to ja tu zamieszkam – oznajmiła bezceremonialnie i zaczęła rozpakowywać rzeczy w mojej sypialni.

To był moment przełomowy. Zadzwoniłam po policję. Drżały mi ręce, serce waliło jak młotem, ale wiedziałam, że muszę postawić granicę.

Policjanci byli uprzejmi, ale stanowczy:

– Proszę pani, jeśli ktoś nie jest zameldowany i nie ma prawa do lokalu, musi opuścić mieszkanie.

Zofia wyszła obrażona, rzucając pod nosem przekleństwa i groźby sądowe.

Po tej scenie długo płakałam. Czułam ulgę i żal jednocześnie – bo mimo wszystko była częścią mojego życia przez tyle lat. Ale wiedziałam też, że jeśli teraz się poddam, już nigdy nie będę wolna.

Dziś siedzę w swoim salonie i patrzę przez okno na szare bloki Ursynowa. Wciąż boję się kolejnych niespodzianek ze strony Zofii czy rodziny Piotra. Ale pierwszy raz od dawna czuję się naprawdę u siebie.

Czy naprawdę tak trudno w Polsce być kobietą niezależną? Ile jeszcze musimy walczyć o prawo do własnego życia? Może ktoś z was też musiał kiedyś bronić swojej wolności przed rodziną?