Cień zapomnienia: Czterdzieste urodziny Elżbiety Kowalskiej – kiedy rodzina zapomina, że istniejesz

– Elżbieta, gdzie są moje klucze? – głos męża, Andrzeja, rozległ się z przedpokoju, przerywając ciszę poranka. Spojrzałam na zegar. 7:13. Dzień jak każdy inny, choć w środku czułam, że powinien być inny. Dziś kończę czterdzieści lat.

– Na półce przy lustrze – odpowiedziałam automatycznie, choć serce biło mi szybciej niż zwykle. Może zaraz wejdzie do kuchni z kwiatami? Może dzieci wyskoczą zza rogu z laurką? Przecież zawsze pamiętali…

Andrzej wszedł, zerkając na telefon. – Spóźnię się dziś, mam zebranie. Zrobisz mi kanapki?

Przełknęłam ślinę. – Oczywiście.

Córka, Zosia, wbiegła do kuchni, rzucając plecak na podłogę. – Mamo, gdzie są moje legginsy w gwiazdki? – spytała zniecierpliwiona.

– W szafie, na drugiej półce.

Syn, Michał, nawet nie spojrzał w moją stronę. Przeszedł obok mnie, sięgając po jogurt z lodówki.

Zrobiłam kanapki dla Andrzeja, zapakowałam dzieciom drugie śniadanie. Wszyscy wyszli w pośpiechu. Zostałam sama w kuchni, wśród okruchów i pustych kubków. Przez chwilę siedziałam bez ruchu, wsłuchując się w ciszę mieszkania.

Czterdzieste urodziny. Nikt nie powiedział ani słowa.

Zadzwoniłam do mamy. – Cześć mamo…

– Elu, nie mogę teraz rozmawiać, jestem u lekarza. Oddzwonię później.

Rozłączyła się zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Przeszukałam telefon – żadnej wiadomości od siostry, żadnego powiadomienia na Messengerze od przyjaciółki z pracy. Przewinęłam Facebooka – same reklamy i zdjęcia cudzych tortów urodzinowych.

Wstałam i spojrzałam w lustro. Zmarszczki wokół oczu wydawały się dziś głębsze. Włosy przyprószone siwizną. Czy naprawdę stałam się przezroczysta?

Przez cały dzień próbowałam znaleźć sobie zajęcie. Posprzątałam łazienkę, zrobiłam pranie, ugotowałam obiad. Każda czynność była jak plaster na ranę, która jednak nie chciała się zagoić.

Po południu zadzwoniła sąsiadka, pani Halina.

– Elżbieto, mogłabyś mi pomóc z komputerem? Znowu coś się popsuło…

– Jasne, zaraz przyjdę – odpowiedziałam bez entuzjazmu.

U niej spędziłam godzinę, słuchając narzekań na syna i politykę. Nawet ona nie wspomniała o moich urodzinach.

Wieczorem dom znów wypełnił się hałasem. Dzieci pokłóciły się o pilota do telewizora, Andrzej zamknął się w gabinecie z laptopem.

– Obiad gotowy! – zawołałam.

Przy stole panowała cisza. Każdy patrzył w swój talerz albo telefon.

– Jak było w szkole? – spytałam Zosię.

– Normalnie – burknęła.

Michał nawet nie odpowiedział.

Andrzej spojrzał na mnie przelotnie. – Coś taka cicha dzisiaj?

Zebrało mi się na płacz, ale połknęłam łzy. – Nic takiego.

Po kolacji zamknęłam się w łazience i pozwoliłam sobie na kilka minut słabości. Siedziałam na brzegu wanny i płakałam cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Kiedy wróciłam do kuchni, zobaczyłam na stole pustą butelkę mleka i okruchy chleba. Nikt nie pomyślał nawet, żeby mi pomóc posprzątać.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdy szczegół tego dnia. Czy naprawdę jestem tak niewidzialna dla własnej rodziny? Czy przez lata poświęcania się dla nich stałam się tylko tłem ich życia?

Następnego dnia rano Andrzej wyszedł wcześniej niż zwykle. Dzieci znów były zajęte sobą. W pracy koleżanki rozmawiały o weekendowych planach, nikt nie zapytał mnie o nic osobistego.

Po południu zadzwoniła mama.

– Elu, przepraszam, miałam tyle spraw…

– Nic się nie stało – skłamałam.

– Coś się stało? Brzmisz jakoś smutno.

– Nie… po prostu jestem zmęczona.

Wieczorem usiadłam sama przy stole z kubkiem herbaty i zaczęłam pisać list do siebie:

„Droga Elżbieto,
Dziś kończysz czterdzieści lat. Nikt tego nie zauważył oprócz Ciebie. Ale Ty jesteś ważna. Twoje uczucia są ważne. Nie pozwól sobie wmówić, że jest inaczej…”

Pisząc te słowa poczułam ulgę i jednocześnie gniew. Dlaczego zawsze to ja muszę pamiętać o wszystkich? Dlaczego nikt nie pamięta o mnie?

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z rodziną.
Wieczorem zebrałam wszystkich w salonie.
– Chciałabym coś powiedzieć – zaczęłam drżącym głosem.
Andrzej spojrzał na mnie zaskoczony, dzieci oderwały wzrok od ekranów.
– Wczoraj były moje urodziny – powiedziałam cicho.
Zapadła cisza.
Zosia spuściła głowę. Michał zaczerwienił się lekko.
Andrzej westchnął ciężko.
– Przepraszam… Zapomniałem… Miałem tyle spraw w pracy…
– Ja też przepraszam, mamo… – szepnęła Zosia.
Michał podszedł i przytulił mnie niezgrabnie.
Poczułam ulgę i jednocześnie żal. Czy naprawdę trzeba krzyczeć o swoje potrzeby, żeby ktoś je zauważył?
Od tamtej pory próbuję mówić głośniej o tym, co czuję i czego potrzebuję. Ale wciąż boję się, że znów stanę się przezroczysta…
Czy Wy też czasem czujecie się niewidzialni dla swoich bliskich? Czy trzeba zasłużyć na uwagę i miłość rodziny?