„Lodówka to nie stołówka!” Jak moja córka Zuzia i jej „przyjaciele” zamienili nasz dom w jadłodajnię i wystawili moją cierpliwość na próbę
– Mamo, czy mogę zaprosić dziś Zuzię i Olę na kolację? – zapytała moja córka, Zuzia, z tym swoim niewinnym uśmiechem, który zwykle rozbrajał mnie w sekundę. Był piątek wieczór, a ja właśnie kończyłam sprzątać po całym tygodniu pracy. Westchnęłam cicho, bo przecież nie chciałam być tą złą matką, która zamyka dom przed dziećmi. – Oczywiście, kochanie – odpowiedziałam, choć w głębi duszy czułam lekkie ukłucie niepokoju.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to pytanie stanie się początkiem lawiny wydarzeń, które wywrócą nasz dom do góry nogami.
Początkowo wszystko wydawało się niewinne. Zuzia i jej koleżanki wpadały raz na jakiś czas – trochę pogadały, trochę pośmiały się przy herbacie i ciastkach. Ale z tygodnia na tydzień ich wizyty stawały się coraz częstsze. W pewnym momencie miałam wrażenie, że nasza kuchnia stała się centrum życia towarzyskiego całego osiedla. Codziennie po szkole przewijały się przez nią nowe twarze: Bartek, który zawsze miał ochotę na moje pierogi; Ola, która potrafiła zjeść pół blachy sernika; i jeszcze kilku innych znajomych Zuzi, których imion nawet nie zdążyłam zapamiętać.
Zaczęło się niewinnie: „Mamo, mogę zrobić kanapki dla wszystkich?”, „Mamo, upiekłabyś nam pizzę?”, „Mamo, masz coś słodkiego?” – te pytania padały niemal codziennie. Na początku czułam satysfakcję – przecież to dobrze, że dzieci chcą być u nas, że czują się tu bezpiecznie. Ale z czasem poczułam się jak kucharka we własnym domu. Lodówka pustoszała w zastraszającym tempie, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że zamiast odpoczywać po pracy, stoję przy garach i smażę naleśniki dla gromady nastolatków.
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. Już od progu usłyszałam śmiechy i hałas dochodzący z kuchni. Weszłam i zobaczyłam całą ekipę Zuzi – siedzieli przy stole, zajadali się moim bigosem i nawet nie zauważyli mojego wejścia.
– Dzień dobry! – rzuciłam głośno.
Zapanowała niezręczna cisza. Zuzia spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem:
– Mamo, przecież mówiłam ci rano, że przyjdą znajomi…
– Tak, ale nie mówiłaś, że będzie ich aż tylu – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku aż się gotowałam.
Bartek podniósł głowę znad talerza:
– Pani Aniu, pani bigos jest najlepszy na świecie!
Uśmiechnęłam się wymuszenie i wyszłam do salonu. Usiadłam na kanapie i poczułam łzy napływające do oczu. Czy naprawdę byłam tylko kucharką w tym domu? Czy nikt nie widzi, ile mnie to kosztuje?
Wieczorem postanowiłam porozmawiać z mężem. Tomek był zmęczony po pracy, ale widział moją frustrację.
– Anka, przecież to dobrze, że dzieci są u nas. Przynajmniej mamy je na oku – próbował mnie pocieszyć.
– Ale ja już nie wyrabiam! Codziennie gotuję dla armii głodnych nastolatków! Nasze zakupy starczają na dwa dni! – wybuchłam.
Tomek wzruszył ramionami:
– Może trzeba postawić jakieś granice?
Łatwo powiedzieć…
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Zuzią. Siedziała w swoim pokoju i słuchała muzyki.
– Zuzia, musimy pogadać – zaczęłam ostrożnie.
– O co chodzi? – zapytała bez entuzjazmu.
– Kochanie, ja bardzo lubię twoich znajomych i cieszę się, że chcesz ich zapraszać… Ale ostatnio czuję się wykorzystywana. Nie mam już siły codziennie gotować dla tylu osób. Musimy ustalić jakieś zasady.
Zuzia spojrzała na mnie z niedowierzaniem:
– Czyli mam ich nie zapraszać?
– Nie o to chodzi. Po prostu chciałabym, żebyście czasem przynieśli coś od siebie albo sami przygotowali jedzenie. Nie chcę być jedyną osobą odpowiedzialną za wasze posiłki.
Zuzia przewróciła oczami:
– Inne mamy nie robią takich problemów…
Zabolało mnie to bardziej niż chciałabym przyznać. Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Zuzia była obrażona, a ja czułam się winna. Próbowałam tłumaczyć sobie, że robię to dla jej dobra – że musi nauczyć się szanować czyjąś pracę i czas.
W weekend znów przyszli znajomi Zuzi. Tym razem postanowiłam być stanowcza.
– Słuchajcie dzieciaki – powiedziałam stanowczo – od dziś każdy przynosi coś od siebie albo gotujecie razem. Ja mogę pomóc, ale nie będę już gotować dla wszystkich sama.
Zapanowała cisza. Bartek spojrzał na Olę, Ola na Zuzię. W końcu Ola odezwała się niepewnie:
– To może my przyniesiemy pizzę następnym razem?
Uśmiechnęłam się z ulgą.
Od tego dnia sytuacja zaczęła się poprawiać. Dzieciaki przynosiły własne przekąski albo wspólnie gotowaliśmy proste rzeczy. Czasem nawet pomagali mi sprzątać po wszystkim. Zuzia długo była obrażona, ale po jakimś czasie przyszła do mnie wieczorem i powiedziała cicho:
– Przepraszam mamo… Nie wiedziałam, że to dla ciebie takie trudne.
Przytuliłam ją mocno i poczułam ulgę.
Dziś patrzę na to wszystko z dystansem i zastanawiam się: gdzie kończy się dobroć matki, a zaczyna naiwność? Czy można być gościnnym bez poczucia bycia wykorzystywanym? A może każda mama musi kiedyś nauczyć się stawiać granice?
Czy wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak znaleźć równowagę między gościnnością a własnym komfortem?