„Paweł, jestem w Gdańsku, a dzieci są u mamy. Proszę, wybacz i zrozum!” – Wyznanie wyczerpanej matki, która musiała uciec, by się nie zatracić
– Paweł, nie dzwoń do mnie teraz. Proszę cię, po prostu przeczytaj tę wiadomość do końca. Dzieci są bezpieczne u mamy. Ja… ja musiałam wyjechać. Potrzebuję chwili dla siebie. Przepraszam.
Wysłałam SMS-a z drżącymi rękami, siedząc na ławce przy dworcu w Gdańsku. Wokół mnie przechodziły setki ludzi, a ja czułam się tak niewidzialna, jak przez ostatnie lata mojego życia. Zimny wiatr smagał mi twarz, ale to nie on sprawiał, że miałam łzy w oczach. To był strach – przed tym, co zrobiłam, i przed tym, co będzie dalej.
Jeszcze rano byłam w naszym mieszkaniu na warszawskim Bródnie. Dzieci – Antek i Zosia – kłóciły się o tablet, Paweł siedział przy komputerze, jak zwykle nieobecny. „Mamo, on mi zabrał!”, „Mamo, ona mnie bije!” – te same okrzyki, dzień w dzień. Odkąd wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim, wszystko było na mojej głowie: śniadania, przedszkole, praca zdalna, obiady, pranie, lekcje online, zakupy. Paweł? „Przecież pracuję!” – powtarzał. Jakby moje zmęczenie było mniej ważne.
Wczoraj wieczorem usiadłam na łóżku i patrzyłam w lustro. Zobaczyłam kobietę z podkrążonymi oczami, włosami związanymi w niedbały koczek i bluzą poplamioną kaszką. Kiedyś byłam Magdą – dziewczyną z marzeniami o podróżach i własnej firmie. Teraz byłam tylko „mamą” i „żoną”. Nikt nie pytał mnie, jak się czuję. Nawet mama przez telefon mówiła: „No wiesz, takie życie. Każda matka musi się poświęcić”.
Ale ja już nie mogłam. W nocy nie spałam – słuchałam oddechu dzieci i myślałam: „A jeśli po prostu zniknę? Czy ktoś zauważy?” Rano spakowałam plecak – kilka ubrań, portfel, książkę, którą od miesięcy próbowałam przeczytać. Zostawiłam dzieci u mamy pod pretekstem wizyty u lekarza. Wysłałam Pawłowi SMS-a dopiero wtedy, gdy pociąg ruszył.
Siedząc w pociągu do Gdańska patrzyłam przez okno na szare pola i czułam ulgę pomieszaną z poczuciem winy. Przez pierwsze pół godziny płakałam bezgłośnie. Potem zaczęłam się zastanawiać: czy jestem złą matką? Czy powinnam była wytrzymać jeszcze trochę?
W Gdańsku wynajęłam tani pokój przez aplikację. Właścicielka spojrzała na mnie podejrzliwie:
– Sama pani przyjechała?
– Tak… Potrzebuję odpocząć.
– Mąż wie?
Zacisnęłam usta i tylko skinęłam głową.
Wieczorem zadzwoniła mama:
– Magda! Co ty wyprawiasz? Paweł dzwonił do mnie jak oszalały! Dzieci pytają o ciebie!
– Mamo… ja już nie daję rady. Potrzebuję kilku dni…
– Ale jak to?! Każda kobieta ma ciężko! Ja też miałam! Nie zostawia się dzieci!
– Mamo…
Rozłączyła się.
Leżałam na łóżku i patrzyłam w sufit. Przypomniałam sobie wszystkie te noce, kiedy Antek miał gorączkę i tylko ja wstawałam do niego po kilka razy. Wszystkie te dni, kiedy Zosia płakała w przedszkolu i tylko ja ją uspokajałam. Wszystkie te chwile, kiedy Paweł wracał z pracy i nawet nie zapytał: „Jak minął ci dzień?”.
Następnego dnia Paweł napisał:
– Magda, co się dzieje? Nie rozumiem cię. Przecież wszystko jest dobrze! Dzieci są zdrowe, mamy mieszkanie…
Odpisałam:
– Wszystko jest dobrze? Ja już nie istnieję w tym wszystkim.
Nie odpisał.
Przez dwa dni chodziłam po Gdańsku bez celu. Patrzyłam na morze i czułam się wolna – pierwszy raz od lat. Ale też winna. W kawiarni podsłuchałam rozmowę dwóch kobiet:
– Mój mąż myśli, że jak przynosi pieniądze do domu, to już wszystko załatwione…
– U mnie to samo! A ja już nie mam siły…
Chciałam się odezwać: „Ja uciekłam na kilka dni od wszystkiego” – ale bałam się oceny.
Trzeciego dnia zadzwoniła Zosia:
– Mamusiu… kiedy wrócisz?
Głos jej drżał.
– Niedługo kochanie… Muszę trochę odpocząć.
– Tata płacze…
Zatkało mnie.
– Kocham was bardzo – wyszeptałam.
Wieczorem Paweł zadzwonił:
– Magda… przepraszam. Nie rozumiałem cię. Myślałem, że tak po prostu musi być…
Milczałam długo.
– Chcę wrócić… ale nie mogę już być sama ze wszystkim.
– Obiecuję… spróbuję się zmienić.
Wróciłam po pięciu dniach. Dzieci rzuciły mi się na szyję. Paweł był blady i zmęczony – pierwszy raz widziałam go takiego zagubionego.
Od tamtej pory próbujemy rozmawiać inaczej. Czasem wychodzę sama na spacer albo do kina – Paweł zostaje z dziećmi bez protestów. Ale wiem, że ta granica była blisko – i że mogło być za późno.
Często pytam siebie: czy naprawdę trzeba uciec, żeby ktoś nas zauważył? Czy matka ma prawo powiedzieć: „dość”? A wy… gdzie jest wasza granica cierpliwości?