„Mamo, pożyczysz mi jeszcze trochę?” – Historia matki, która straciła więź z córką

– Mamo, pożyczysz mi jeszcze trochę? – głos Ani drżał lekko, choć próbowała brzmieć pewnie. Była środa wieczór, a ja siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na zdjęcie naszej rodziny sprzed lat. Zanim odebrałam telefon, przez sekundę miałam nadzieję, że zadzwoniła po prostu zapytać, jak się czuję.

Ale nie. Znowu chodziło o pieniądze.

– Aniu, już ostatnio mówiłaś, że to ostatni raz… – zaczęłam ostrożnie, starając się nie zabrzmieć zbyt oschle. W słuchawce zapadła cisza. Czułam jej zniecierpliwienie, niemal słyszałam, jak przewraca oczami.

– Mamo, naprawdę tego potrzebuję. Wiesz, jak jest. Wynajem, rachunki… – wymieniała szybko, jakby chciała mnie przekonać, zanim zdążę odmówić.

Zacisnęłam palce na kubku z herbatą. Przez chwilę chciałam jej powiedzieć wszystko: jak bardzo boli mnie to, że rozmawiamy tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie chce; jak bardzo tęsknię za tą dziewczynką, która kiedyś przytulała się do mnie na dobranoc i opowiadała o swoich marzeniach. Ale nie powiedziałam nic. Przełknęłam łzy i zgodziłam się przelać jej pieniądze.

Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. W mieszkaniu było cicho – od kiedy mój mąż zmarł trzy lata temu, samotność stała się moją codziennością. Ania wyprowadziła się do Warszawy zaraz po maturze. Byłam dumna – dostała się na studia prawnicze, miała ambicje i plany. Ale z każdym rokiem nasz kontakt stawał się coraz rzadszy. Najpierw były to krótkie telefony raz w tygodniu, potem coraz rzadziej. Teraz dzwoniła tylko wtedy, gdy potrzebowała pieniędzy.

Pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy poprosiła o wsparcie. Było tuż po śmierci jej ojca. Wtedy rozumiałam – sama byłam rozbita i wiedziałam, że ona też cierpi. Ale potem prośby powtarzały się coraz częściej. Zawsze miałam wymówkę: „To tylko na chwilę”, „Oddam ci za miesiąc”, „Mam trudny okres”.

Z czasem zaczęłam czuć się jak bankomat. Nie matka.

Próbowałam z nią rozmawiać. Kiedyś zaprosiłam ją na weekend do domu rodzinnego w Lublinie. Przyjechała niechętnie, cały czas pisała na telefonie. Przy obiedzie zebrałam się na odwagę:

– Aniu… tęsknię za tobą. Chciałabym, żebyśmy częściej rozmawiały…

Spojrzała na mnie z irytacją:

– Mamo, mam dużo na głowie. Praca, studia… Nie rozumiesz tego?

Zamilkłam. Nie chciałam być ciężarem.

Od tamtej pory nasze rozmowy były coraz krótsze i coraz bardziej rzeczowe. Czułam się niewidzialna.

W pracy koleżanki opowiadały o swoich dzieciach – o tym, jak razem chodzą do kina, gotują obiady w weekendy albo dzwonią do siebie codziennie „tak po prostu”. Słuchałam ich z zazdrością i poczuciem winy. Może zrobiłam coś źle? Może byłam zbyt wymagająca? Zbyt surowa?

Pewnego dnia postanowiłam napisać Ani list. Papierowy list – taki jak dawniej pisało się do bliskich. Opisałam w nim wszystko: jak bardzo ją kocham, jak bardzo mi jej brakuje i jak boli mnie to, że nasza relacja sprowadza się do przelewów bankowych.

Nie odpisała.

Minęły tygodnie. W końcu zadzwoniła znowu.

– Mamo…

Tym razem jej głos był inny – cichy, niepewny.

– Co się stało? – zapytałam od razu z niepokojem.

– Pokłóciłam się z chłopakiem… Jestem sama… – usłyszałam w jej głosie łzy.

Serce mi zmiękło. Przez chwilę znów poczułam się potrzebna jako matka, nie jako sponsor.

– Chcesz przyjechać do domu? – zaproponowałam ostrożnie.

– Nie wiem… Może…

Przez kolejne dni rozmawiałyśmy częściej niż przez ostatni rok. Opowiadała mi o swoim życiu w Warszawie – o pracy w kancelarii, o presji sukcesu i samotności w wielkim mieście. Słuchałam jej uważnie, nie oceniając.

Kiedy przyjechała na weekend do Lublina, długo spacerowałyśmy po parku Saskim. W końcu zatrzymała się i spojrzała mi prosto w oczy:

– Przepraszam cię… Wiem, że byłam dla ciebie okropna ostatnio.

Objęłam ją mocno i poczułam łzy na policzku.

– Kocham cię, Aniu. Zawsze będę przy tobie – szepnęłam.

Nie wiem, czy nasza relacja wróci kiedykolwiek do tego, co było kiedyś. Ale wiem jedno: warto walczyć o bliskość z własnym dzieckiem nawet wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe.

Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy każda matka musi przejść przez taki ból? A może to właśnie te trudne chwile uczą nas najwięcej o sobie i o miłości?