Nie spiesz się z weselem, Eliza! – Ucieczka panny młodej spod władzy przyszłej teściowej
– Eliza, popraw welon! – głos pani Krystyny, mojej przyszłej teściowej, przeszył ciszę zakrystii niczym ostrze. Stałam przed lustrem, w białej sukni, która nagle zaczęła mnie dusić. Moja mama, cicha i wycofana, stała w kącie i nerwowo gniotła chusteczkę. – Eliza, nie płacz – szepnęła. Ale ja nie płakałam. Jeszcze nie.
Wszystko było zaplanowane co do minuty. Kościół w centrum Krakowa, orkiestra, 120 gości, menu ustalone przez panią Krystynę. Nawet bukiet wybrała ona, bo „Eliza nie zna się na kwiatach”. Mój narzeczony, Tomek, był gdzieś na zewnątrz, otoczony przez kuzynów i ojca. Ostatnie tygodnie spędziłam na próbach pogodzenia wszystkich oczekiwań: jego matki, ojca, babci, a nawet sąsiadki z parteru. Każdy miał coś do powiedzenia o mojej sukni, fryzurze, a nawet o tym, jak powinnam się uśmiechać.
– Eliza, pamiętaj: w naszej rodzinie żony są podporą mężów – powtarzała pani Krystyna przy każdej okazji. – U nas nie ma miejsca na fanaberie.
A ja? Ja coraz częściej czułam się jak aktorka w kiepskim przedstawieniu. Moje marzenia o ślubie były inne: skromne przyjęcie w ogrodzie rodziców, muzyka grana przez przyjaciół, śmiech i swoboda. Ale od kiedy poznałam Tomka i jego rodzinę, wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw drobne uwagi: „Eliza, może nie powinnaś tyle pracować?”, „Eliza, kobieta powinna umieć gotować rosół”, „Eliza, twoja mama jest taka cicha…”. Potem przyszły większe sprawy: decyzje o mieszkaniu („Zamieszkacie u nas na piętrze!”), o pracy („Po co ci ta praca w wydawnictwie? Tomek zarabia dobrze!”), o dzieciach („Najlepiej od razu po ślubie!”).
Próbowałam rozmawiać z Tomkiem. – Kochanie, czuję się przytłoczona… Twoja mama… – zaczynałam nieśmiało.
– Eliza, przesadzasz. Mama chce dobrze. Po prostu musisz się przyzwyczaić – ucinał rozmowę.
W noc przed ślubem nie spałam ani minuty. Siedziałam na parapecie i patrzyłam na światła miasta. W głowie miałam słowa mojej babci: „Elizko, szczęście to nie tylko spełnianie cudzych oczekiwań”. Ale czy miałam odwagę powiedzieć „nie”, kiedy wszyscy już czekali?
W zakrystii czułam się jak w klatce. Pani Krystyna poprawiała mi welon, mama milczała. Ksiądz zaglądał co chwilę: – Gotowe?
Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Wpadła ciotka Tomka z telefonem przy uchu: – Eliza! Goście już czekają! Nie rób scen!
Spojrzałam na siebie w lustrze. Oczy miałam puste. Czy to naprawdę ja? Czy ta dziewczyna w bieli to Eliza Kowalska z Nowej Huty, która zawsze marzyła o podróżach i pracy w wydawnictwie?
– Mamo… – wyszeptałam drżącym głosem. – Ja nie mogę…
Mama spojrzała na mnie z troską i po raz pierwszy od miesięcy zobaczyłam w jej oczach siłę. – Jeśli nie chcesz, nie rób tego – powiedziała cicho.
Wybiegłam z zakrystii. Suknia plątała mi się pod nogami, welon zahaczył o klamkę. Słyszałam za sobą krzyki: „Eliza! Co ty robisz?!”, „Nie wygłupiaj się!”. Przebiegłam przez boczne drzwi kościoła prosto na chłodny czerwcowy deszcz.
Biegłam bez celu ulicami Krakowa. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę – panna młoda w białej sukni z rozmazanym makijażem. W końcu usiadłam na ławce pod Wawelem i zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę.
Telefon dzwonił bez przerwy: Tomek, pani Krystyna, ciotka, nawet sąsiadka z parteru. Nie odbierałam. W końcu napisałam Tomkowi wiadomość: „Przepraszam. Nie potrafię żyć według waszych zasad”.
Siedziałam tam długo. Przypominały mi się wszystkie chwile, kiedy próbowałam być „idealną synową”. Jak rezygnowałam z siebie kawałek po kawałku. Jak tłumiłam własne potrzeby i marzenia.
Wieczorem wróciłam do domu rodziców. Mama otworzyła drzwi i mocno mnie przytuliła.
– Jesteś odważna – powiedziała tylko.
Przez kolejne dni telefon nie milkł. Plotki rozeszły się po całej rodzinie Tomka i mojej dzielnicy. „Zawiodła wszystkich”, „Co za wstyd”, „Kto teraz ją zechce?”. Ale ja po raz pierwszy od dawna spałam spokojnie.
Zaczęłam powoli wracać do siebie. Wróciłam do pracy w wydawnictwie, zapisałam się na kurs hiszpańskiego. Spotykałam się z przyjaciółmi i uczyłam się mówić „nie”.
Tomek próbował jeszcze kilka razy rozmawiać ze mną. Przyszedł nawet pod moje okno:
– Eliza, wróć! Wszystko się ułoży!
– Tomek… Ja już nie chcę układać życia według cudzych zasad.
Minął rok od tamtego dnia. Czasem mijam panią Krystynę na rynku – patrzy na mnie z pogardą i szepcze coś do koleżanki. Ale ja już się nie boję.
Czy żałuję? Czasem myślę o tym wszystkim i zastanawiam się: ile kobiet żyje cudzym życiem tylko dlatego, że boją się powiedzieć „nie”? Czy naprawdę mamy tylko jeden strzał na szczęście? A może odwaga do zmiany jest początkiem prawdziwego życia?