„Spakuj się i natychmiast przyjedź!” – Jak moja teściowa przejęła kontrolę nad naszym życiem po narodzinach syna
– Spakuj się i natychmiast przyjedź! – głos pani Ilony rozbrzmiewał w słuchawce tak głośno, że aż musiałam odsunąć telefon od ucha. Stałam w kuchni, trzymając w ramionach mojego dwutygodniowego synka, a w oczach miałam łzy zmęczenia.
– Ale… Ilona, ja naprawdę nie dam rady dzisiaj… – próbowałam tłumaczyć, ale ona już mnie nie słuchała.
– Nie dyskutuj, Marto! Ty nie wiesz, co robisz. Dziecko potrzebuje porządnej opieki. Zaraz przyjadę i zabieram was do siebie. – Rozłączyła się.
Patrzyłam na telefon z niedowierzaniem. Mój mąż, Tomek, wszedł do kuchni, widząc moją minę.
– Znowu dzwoniła? – zapytał cicho.
– Tak. Chce, żebyśmy się spakowali i pojechali do niej. Dzisiaj. Natychmiast.
Tomek westchnął ciężko i spojrzał na mnie bezradnie. Wiedziałam, że kocha swoją matkę, ale od kiedy urodził się nasz synek, nie potrafił postawić jej granic. Ja też nie potrafiłam. Przynajmniej nie na tyle stanowczo, jak powinnam.
Jeszcze kilka miesięcy temu nasze życie było spokojne. Mieszkaliśmy w małym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, czekając na narodziny naszego pierwszego dziecka. Marzyłam o tym, jak będziemy razem uczyć się rodzicielstwa, wspierać się nawzajem i tworzyć własne tradycje. Ale wszystko zmieniło się w dniu narodzin Antosia.
Pani Ilona pojawiła się w szpitalu już godzinę po porodzie. Przyniosła torbę z własnoręcznie ugotowanym rosołem i naręcz porad, których nikt nie prosił. – Dziecko musi spać na brzuchu! – powtarzała uparcie, ignorując zalecenia położnych. – Nie noś go tyle, bo się przyzwyczai! – mówiła, kiedy tuliłam płaczącego synka.
Na początku próbowałam być wdzięczna. W końcu to babcia mojego dziecka. Ale z każdym dniem jej obecność stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Zaczęła przychodzić codziennie, czasem bez zapowiedzi. Przynosiła gotowe obiady („Bo ty na pewno nie masz czasu gotować!”), zmieniała ustawienie mebli („Tu będzie lepiej stało łóżeczko!”), a nawet przestawiała rzeczy w mojej kuchni.
Najgorsze były jednak jej komentarze wobec mnie. – Ty chyba nie masz instynktu macierzyńskiego – powiedziała pewnego dnia, kiedy Antoś płakał, a ja nie mogłam go uspokoić. – Ja to od razu wiedziałam, co robić z Tomkiem.
Czułam się coraz mniej pewna siebie. Zaczęłam unikać spotkań z koleżankami, bo wstydziłam się przyznać, że nie radzę sobie z własnym dzieckiem… i z własną teściową.
Tomek próbował mnie pocieszać. – Mama chce dobrze – mówił wieczorami, kiedy płakałam w poduszkę. – Po prostu martwi się o nas.
Ale ja czułam się coraz bardziej samotna w naszym małżeństwie. Zamiast być partnerami, staliśmy się dziećmi pod opieką jego matki.
Pewnego dnia pani Ilona przyszła do nas z walizką.
– Przeprowadzam się na kilka tygodni – oznajmiła stanowczo. – Musicie mieć kogoś do pomocy.
Nie zapytała nas o zgodę. Po prostu rozpakowała rzeczy w pokoju gościnnym i zaczęła rządzić domem.
– Marta, ty odpocznij, ja zajmę się Antosiem – mówiła każdego ranka, zabierając mi dziecko z rąk.
Czułam się jak intruz we własnym domu. Kiedy próbowałam powiedzieć Tomkowi, że to dla mnie za dużo, odpowiadał: – Przecież mama tylko pomaga…
Z czasem zaczęły się kłótnie. O to, jak karmić dziecko („Butelka? Nigdy w życiu!”), o to, jak długo można wychodzić na spacer („Nie dłużej niż pół godziny!”), o to, czy mogę wyjść sama do sklepu („A kto wtedy zajmie się Antosiem?”).
Pewnego wieczoru usiadłam na łóżku obok Tomka i powiedziałam cicho:
– Nie wytrzymam już dłużej. Albo ona wyjdzie z naszego domu, albo ja…
Tomek spojrzał na mnie z przerażeniem.
– Przesadzasz…
– Nie! – przerwałam mu drżącym głosem. – Ona zabiera mi wszystko: moje macierzyństwo, moje małżeństwo… nawet moje mieszkanie! Ja już nie wiem, kim jestem!
Następnego dnia rano spakowałam torbę i pojechałam do moich rodziców do Radomia. Pani Ilona była oburzona.
– Jak możesz tak zostawić mojego syna?!
– A jak pani może zabierać mi moje życie? – odpowiedziałam pierwszy raz w życiu stanowczo.
Przez tydzień nie odbierałam telefonów od Tomka ani jego matki. Dopiero po kilku dniach Tomek przyjechał do mnie sam.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie widziałem, jak bardzo cię to rani…
Wróciliśmy do domu razem pod jednym warunkiem: pani Ilona miała nas odwiedzać tylko po wcześniejszym umówieniu i nigdy nie zostawać na noc.
Nie było łatwo postawić granice. Często miałam wyrzuty sumienia: czy jestem złą synową? Czy odbieram Antosiowi babcię?
Ale wiem jedno: jeśli nie zawalczę o siebie teraz, stracę wszystko to, co najważniejsze.
Czasem patrzę na śpiącego synka i pytam siebie: czy można być dobrą matką i żoną bez walki o własne życie? Czy każda kobieta musi wybierać między sobą a rodziną? Co wy o tym myślicie?