List, który zmienił wszystko: Jak zdrada męża stała się początkiem mojej walki o siebie

— Co to jest? — zapytałam, trzymając w rękach zmięty kawałek papieru, który znalazłam przypadkiem w kieszeni kurtki Pawła. Moje serce waliło jak oszalałe, a dłonie drżały tak mocno, że ledwo mogłam utrzymać list. Stał przede mną, z twarzą bladą jak ściana, i patrzył na mnie tymi swoimi zimnymi oczami.

— To… to nie tak miało wyjść — wyjąkał, odwracając wzrok.

Wiedziałam już wszystko. Każde słowo z tego listu paliło mnie od środka: „Aneto, nie potrafię już dłużej udawać. Chcę rozwodu. Zakochałem się w kimś innym.”

Przez chwilę miałam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Że zaraz się obudzę i usłyszę znajome chrapanie Pawła obok siebie w łóżku. Ale nie — stał przede mną, a ja czułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.

— W kim? — zapytałam cicho, ledwo słysząc własny głos.

— To nie ma znaczenia…

— Ma! — krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. — Kim ona jest?

Paweł spuścił głowę. — To Magda z pracy.

Magda. Ta sama Magda, która jeszcze miesiąc temu siedziała u nas na imieninach i śmiała się z moich żartów. Ta sama Magda, która przyniosła mi kwiaty na urodziny i mówiła, że zazdrości nam takiego małżeństwa.

W jednej chwili wszystko straciło sens. Nasze wspólne śniadania, wieczory przed telewizorem, plany na wakacje nad Bałtykiem. Wszystko było kłamstwem.

Przez kolejne dni chodziłam jak cień po domu. Nasza córka Zosia patrzyła na mnie wielkimi oczami i pytała: „Mamo, czemu płaczesz?” Nie umiałam jej odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć siedmiolatce, że tata już nas nie kocha?

Moja mama przyjechała zaraz po tym, jak zadzwoniłam do niej w środku nocy. — Anetko, musisz być silna — powtarzała, głaszcząc mnie po włosach jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką. Ale ja nie chciałam być silna. Chciałam tylko cofnąć czas.

Paweł wyprowadził się tydzień później. Zabrał tylko kilka rzeczy — resztę zostawił „na później”. W domu zrobiło się cicho i pusto. Każdy dźwięk odbijał się echem od ścian.

Zaczęły się telefony od teściowej. — Aneto, co ty mu zrobiłaś? Przecież Paweł był zawsze taki spokojny! — krzyczała do słuchawki. — Może powinnaś bardziej o siebie dbać? Może za dużo pracowałaś?

Czułam się jak oskarżona na własnym procesie. Nawet moja siostra Marta zaczęła mnie wypytywać: — A może coś przeoczyłaś? Może on dawał ci znaki?

Znaki… Może rzeczywiście były jakieś znaki. Może powinnam była zauważyć, że coraz częściej wraca późno z pracy, że coraz rzadziej się do mnie uśmiecha. Ale przecież ufałam mu bezgranicznie.

Najgorsze były wieczory. Siadałam wtedy na kanapie z kubkiem herbaty i patrzyłam na zdjęcia z naszego ślubu. Paweł obejmował mnie wtedy tak mocno, jakby chciał mnie chronić przed całym światem. Gdzie podział się ten mężczyzna?

Pewnego dnia zadzwoniła Magda.

— Aneta… Musimy porozmawiać.

— O czym? — zapytałam lodowatym tonem.

— O Pawle… Ja nie chciałam… To wszystko wyszło inaczej niż myślałam…

— Nie chcę cię słuchać — przerwałam jej i rozłączyłam się.

Ale jej słowa nie dawały mi spokoju. Czy naprawdę była tylko ofiarą przypadku? Czy może od początku wiedziała, co robi?

Zaczęły się sprawy papierkowe: adwokat, podział majątku, alimenty na Zosię. Każde spotkanie z Pawłem było jak rozdrapywanie świeżej rany.

— Aneta, ja chcę widywać Zosię — mówił podczas jednej z rozmów.

— A ja chciałam mieć rodzinę! — wybuchłam. — Ale chyba nie zawsze dostajemy to, czego chcemy.

Zosia coraz częściej pytała o tatę. — Mamo, kiedy tata wróci?

— Tata mieszka teraz gdzie indziej, kochanie — tłumaczyłam jej najlepiej jak umiałam.

W pracy zaczęli zauważać moją zmianę. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:

— Aneta, jeśli potrzebujesz wolnego albo wsparcia…

— Dziękuję, dam radę — odpowiedziałam automatycznie.

Ale czy naprawdę dawałam radę? Każdego dnia walczyłam ze sobą, żeby nie rozpaść się na kawałki.

Któregoś wieczoru usiadłam przy stole i napisałam list do Pawła. Nie wysłałam go nigdy, ale musiałam wyrzucić z siebie wszystko:

„Zabrałeś mi przyszłość, którą razem budowaliśmy. Ale nie zabierzesz mi siły ani godności.”

To był moment przełomowy. Zrozumiałam wtedy, że muszę zacząć żyć dla siebie i dla Zosi.

Zaczęłam biegać po parku o świcie. Zapisałam się na kurs fotografii — zawsze o tym marzyłam, ale nigdy nie miałam odwagi spróbować. Poznałam nowych ludzi; powoli odzyskiwałam siebie.

Pewnego dnia spotkałam Martę w kawiarni.

— Wiesz co? Podziwiam cię — powiedziała nagle. — Ja bym chyba nie dała rady.

Uśmiechnęłam się pierwszy raz od miesięcy.

Dziś wiem jedno: zdrada boli jak nic innego na świecie, ale można się po niej podnieść. Można zacząć od nowa.

Czasem patrzę na Zosię i myślę: czy kiedyś będę jeszcze komuś ufać? Czy można naprawdę wybaczyć i zostawić przeszłość za sobą? Co wy byście zrobili na moim miejscu?