Wina, która nie daje spać: noc, która rozdarła moją rodzinę

– Mamo, czy ty w ogóle mnie słuchasz?! – głos Pawła przeszył ciszę jak nóż. Stał w progu kuchni, z twarzą czerwoną od gniewu i rozczarowania. W dłoniach ściskał kurtkę swojego syna, mojego wnuka, jakby to ona była winna wszystkiemu.

Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Wpatrywałam się w plamę na obrusie, próbując zebrać myśli. W głowie dudniło mi tylko jedno: „To moja wina. To wszystko moja wina”.

Tamtej nocy, kiedy Paweł i jego żona musieli pilnie wyjechać do szpitala do jej matki, zostałam z Antosiem sama. Był już późny wieczór, a ja byłam zmęczona po całym dniu. Antoś kaszlał od rana, ale nie wydawało mi się to niczym poważnym – dzieci przecież często chorują. Dałam mu syrop, przykryłam kołdrą i obiecałam, że rano będzie lepiej.

Nie było lepiej. O drugiej w nocy obudził mnie jego płacz. Był rozpalony, oddychał ciężko, a jego policzki płonęły. Przez chwilę stałam nad nim sparaliżowana strachem. Zamiast zadzwonić po karetkę czy do Pawła, postanowiłam poczekać jeszcze chwilę. „Może przejdzie… może przesadzam…” – powtarzałam sobie. Bałam się paniki, bałam się, że wyolbrzymiam. Bałam się też przyznać przed synem, że nie radzę sobie z opieką nad wnukiem.

Dopiero nad ranem, gdy Antoś zaczął majaczyć, zadzwoniłam po pogotowie. Lekarz spojrzał na mnie surowo: – Dziecko ma zapalenie płuc. To nie jest zwykłe przeziębienie. Powinna pani zadzwonić dużo wcześniej.

W szpitalu Paweł patrzył na mnie z takim bólem i zawodem, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach. – Jak mogłaś? – wyszeptał tylko. – To przecież twój wnuk.

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Paweł przestał do mnie dzwonić. Kiedy przychodziłam do szpitala, rozmawiał tylko z lekarzami albo z żoną. Unikał mojego wzroku. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie.

W domu panowała cisza. Każdy dźwięk wydawał się zbyt głośny, każdy krok odbijał się echem mojej winy. Próbowałam tłumaczyć sobie, że nie chciałam źle, że przecież zawsze byłam dobrą matką i babcią. Ale to nie pomagało.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie Marta, żona Pawła.
– Lucyno… Paweł jest bardzo zły. Ale Antoś już lepiej. Chciałam tylko, żebyś wiedziała.
– Marto… ja… przepraszam – głos mi się załamał.
– Wiem – odpowiedziała cicho. – Ale on musi to usłyszeć od ciebie.

Zebrałam się na odwagę i pojechałam do szpitala następnego dnia. Paweł siedział przy łóżku Antosia, trzymając go za rękę.
– Paweł… – zaczęłam niepewnie.
Nie podniósł wzroku.
– Przepraszam cię. Wiem, że zawiodłam. Bałam się… Nie chciałam cię martwić, nie chciałam wyjść na nieudolną matkę i babcię. Ale to nie jest żadna wymówka. Przepraszam cię i Antosia z całego serca.

Przez chwilę milczał tak długo, że miałam ochotę uciec.
– Mamo… – powiedział w końcu cicho – ja nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć. To był mój syn.

Te słowa bolały bardziej niż wszystko inne.

Od tamtej pory minęły tygodnie. Antoś wrócił do zdrowia, ale relacje w naszej rodzinie już nigdy nie były takie same. Paweł rzadko do mnie dzwonił, a kiedy przychodziłam do nich do domu, rozmowy były krótkie i pełne napięcia.

Czasem łapię się na tym, że unikam lustra – bo nie chcę widzieć w nim kobiety, która zawiodła własną rodzinę przez strach i dumę. Zastanawiam się, ile jeszcze potrzeba czasu i rozmów, żeby odbudować to zaufanie? Czy można naprawić coś tak kruchego jak relacja matki i syna?

Dziś wiem jedno: czasem największym ciężarem jest nie to, co nam się przydarza, ale to, co sami sobie wyrzucamy każdego dnia.

Czy wy też kiedyś zawiedliście kogoś bliskiego? Czy można naprawdę wybaczyć sobie błędy przeszłości?