Teściowa, która milczała: Prawda, której nie chciałam usłyszeć
— Mamo, możesz zostać z dziećmi jeszcze godzinę? — zapytałam, już w biegu, zakładając płaszcz. — Muszę jeszcze odebrać leki dla Antka i…
— Oczywiście, Marto — odpowiedziała cicho teściowa, nie odrywając wzroku od zlewu pełnego naczyń. Jej głos był tak spokojny, że nawet nie zauważyłam zmęczenia w jej oczach.
Wybiegłam z mieszkania, zostawiając za sobą ciepło domowego światła i zapach zupy pomidorowej. W głowie miałam tylko listę rzeczy do załatwienia. Dzieci, praca, dom. Wszystko na mojej głowie — tak mi się wydawało.
Wieczorem wróciłam później niż planowałam. W przedpokoju panowała cisza, dzieci już spały. Teściowa siedziała przy kuchennym stole, dłubiąc widelcem w talerzu.
— Dziękuję, mamo. Jesteś niezastąpiona — rzuciłam szybko i zaczęłam zbierać zabawki z podłogi.
— Nie ma sprawy — odpowiedziała, ale jej głos był jakby nieobecny.
Nie zauważyłam wtedy niczego dziwnego. Dopiero kilka dni później, kiedy wróciłam wcześniej z pracy, usłyszałam cichy szloch zza drzwi sypialni teściowej. Zamarłam. Przez chwilę stałam bez ruchu, nie wiedząc, co zrobić. W końcu delikatnie zapukałam.
— Mamo? Wszystko w porządku?
Cisza. Potem szelest chusteczki i stłumiony głos:
— Tak, wszystko dobrze.
Ale wiedziałam już, że kłamała.
Tamtego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się pytania: Czy coś się stało? Czy dzieci były niegrzeczne? Czy zrobiłam coś nie tak?
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z teściową. Zaparzyłam jej ulubioną herbatę z malinami i usiadłyśmy razem przy stole.
— Mamo… czy coś cię martwi? — zapytałam ostrożnie.
Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem. Przez chwilę milczała, a potem westchnęła ciężko.
— Marto… ja już nie mam tyle siły co kiedyś. Kocham wasze dzieci jak własne wnuki, ale czasem czuję się… niewidzialna. Jakby nikt nie widział, że też jestem zmęczona.
Zatkało mnie. Przecież zawsze dziękowałam jej za pomoc! Przecież wiedziała, jak bardzo ją doceniam… Czyżby?
— Mamo, ja… przepraszam. Myślałam, że jesteś szczęśliwa mogąc być z dziećmi. Że to ci sprawia radość…
— Oczywiście, że sprawia — przerwała mi łagodnie. — Ale czasem chciałabym po prostu wyjść na spacer sama albo poczytać książkę bez poczucia winy. Albo żeby ktoś zapytał mnie, jak się czuję.
Poczułam się okropnie. Przypomniałam sobie wszystkie te dni, kiedy prosiłam ją o pomoc bez zastanowienia się nad jej potrzebami. Kiedy traktowałam jej obecność jak coś oczywistego.
Od tamtej rozmowy zaczęłam patrzeć na teściową inaczej. Zaczęłam pytać ją o zdanie, proponować wspólne wyjścia do kina czy kawiarni. Czasem sama zostawałam z dziećmi, żeby mogła odpocząć.
Ale nie wszystko dało się naprawić od razu. Pewnego dnia usłyszałam rozmowę teściowej przez telefon:
— Nie wiem, Krysiu… Czasem mam wrażenie, że jestem tu tylko po to, żeby pomagać. Że moje życie już się skończyło i teraz jestem tylko „babcią na dyżurze”.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałabym przyznać. Zrozumiałam wtedy, jak łatwo można zranić drugiego człowieka nawet bez złych intencji.
Zaczęłyśmy rozmawiać częściej i szczerzej. Teściowa opowiadała mi o swoim dzieciństwie na wsi pod Łomżą, o marzeniach z młodości i o tym, jak bardzo tęskni za swoim mężem, który zmarł kilka lat temu.
— Wiesz, Marto… Czasem czuję się tu obco. Wy macie swoje życie, swoje sprawy… Ja tylko pomagam.
Przytuliłam ją wtedy mocno i obiecałam sobie nigdy więcej nie traktować jej jak tła do własnych problemów.
Zaczęłyśmy razem gotować pierogi na święta, chodzić na spacery po parku Skaryszewskim i śmiać się z drobnych codziennych absurdów. Dzieci też zaczęły dostrzegać w babci kogoś więcej niż tylko opiekunkę.
Ale czasem wciąż łapię się na tym, że zapominam spytać ją o zdanie albo po prostu podziękować za wszystko, co dla nas robi.
Dziś wiem jedno: najbliżsi są często najciszej cierpiącymi. Ich milczenie jest wołaniem o uwagę, której tak łatwo im odmówić w codziennym biegu.
Czy naprawdę słuchamy tych, którzy są najbliżej? Czy potrafimy zobaczyć ich potrzeby pod warstwą codziennych obowiązków?
Czasem boję się odpowiedzi na te pytania.