Kiedy sąsiedzi pokazują swoją prawdziwą twarz – historia Marii i Józefa z Kerepeskiej
— Józek, zobacz to! — mój głos zadrżał, gdy trzymałam w rękach białą kopertę bez znaczka, bez adresata. Stałam w korytarzu naszego mieszkania na Kerepeskiej, a światło z klatki schodowej padało na moje drżące dłonie. Józef podszedł bliżej, spojrzał mi w oczy i odebrał mi kopertę. Otworzył ją powoli, jakby przeczuwał, że w środku znajdziemy coś, co już na zawsze zmieni nasze życie.
W środku była kartka, na której ktoś koślawym pismem napisał: „Wynoście się stąd, nikt was tu nie chce. Wszyscy wiedzą, co zrobiliście.”
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Józef zbladł, a jego ręce zaczęły się trząść. — Co to ma znaczyć? — wyszeptał. — Przecież nikomu nie zrobiliśmy nic złego…
Przez kolejne dni nie mogliśmy spać. Każdy szmer na klatce schodowej sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła. Zastanawiałam się, kto mógł napisać ten list. Czy to była pani Helena z drugiego piętra, która zawsze patrzyła na nas spode łba? A może pan Andrzej spod piątki, który kiedyś powiedział Józkowi, że „nowi ludzie to zawsze kłopot”? Może ktoś inny? Każdy sąsiad wydawał się teraz podejrzany.
Józef próbował mnie pocieszać, ale widziałam, że sam jest rozbity. — Może powinniśmy wyjechać na kilka dni? — zaproponował pewnego wieczoru. — Może to wszystko ucichnie…
Ale ja nie chciałam uciekać. To był nasz dom. Tu wychowaliśmy nasze dzieci, tu przeżyliśmy tyle lat. Nie zamierzałam pozwolić, żeby jakiś tchórzliwy anonim nas stąd wygonił.
Zaczęły się plotki. Najpierw szeptane rozmowy na klatce schodowej, potem dziwne spojrzenia w sklepie spożywczym pod blokiem. Ktoś rozpuścił pogłoskę, że Józef stracił pracę przez kradzież. Ktoś inny mówił, że nasze córki „źle się prowadzą”. Każdego dnia czułam się coraz bardziej osaczona.
Pewnego popołudnia spotkałam panią Krystynę z czwartego piętra. Zawsze była dla mnie serdeczna, ale tym razem odwróciła wzrok i przeszła obok bez słowa. To bolało najbardziej — ta obojętność ludzi, których uważałam za przyjaciół.
Wieczorem usiedliśmy z Józefem przy kuchennym stole. — Maria, nie damy rady tak żyć — powiedział cicho. — Może powinniśmy porozmawiać z kimś z zarządu wspólnoty?
— I co im powiemy? Że ktoś nas nęka anonimami? Że ludzie plotkują? Przecież to tylko pogorszy sprawę…
Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Przez chwilę baliśmy się otworzyć, ale po drugiej stronie stała nasza sąsiadka z parteru, pani Zofia.
— Przepraszam, że przeszkadzam… — zaczęła niepewnie. — Chciałam tylko powiedzieć… My z mężem wiemy, że to wszystko bzdury. Nie jesteście sami.
Poczułam łzy napływające do oczu. Pani Zofia wyciągnęła do mnie rękę.
— Proszę się nie przejmować tymi plotkami. W bloku zawsze znajdzie się ktoś zawistny… Ale większość ludzi was lubi i szanuje.
To był pierwszy promyk nadziei od wielu tygodni.
Następnego dnia spotkałam pana Marka z trzeciego piętra. — Słyszałem o tym liście… — powiedział cicho. — Jeśli będziecie czegoś potrzebować, dajcie znać.
Z czasem coraz więcej osób zaczęło okazywać nam wsparcie. Ktoś zostawił nam ciasto pod drzwiami z karteczką: „Trzymajcie się!” Dzieci sąsiadów przyniosły nam rysunki z napisem „Lubimy was”.
Zrozumiałam wtedy, jak łatwo jest dać się złamać przez czyjąś nienawiść… Ale też jak wielką siłę ma wspólnota, jeśli tylko ludzie zdecydują się być razem.
Nie dowiedzieliśmy się nigdy, kto napisał ten list. Może to i lepiej. Najważniejsze było to, że nie zostaliśmy sami.
Dziś patrzę na naszych sąsiadów inaczej niż kiedyś. Wiem już, że nawet tam, gdzie pojawia się zazdrość i zawiść, można znaleźć dobroć i wsparcie.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze takich historii dzieje się wokół nas? Ilu ludzi cierpi w samotności przez czyjąś podłość? Może warto czasem po prostu zapytać: „Jak się czujesz?” albo powiedzieć: „Jestem tu dla ciebie.”