„Wy się bawicie, a my tonimy w długach” – Czy moja emerytura należy tylko do mnie? Historia, która rozdziera serce każdej matki

– Mamo, nie rozumiesz, my naprawdę nie mamy już z czego żyć! – głos Agnieszki drżał, a ja ścisnęłam mocniej słuchawkę. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na parującą herbatę i próbując zapanować nad narastającym niepokojem.

Miałam 67 lat i od dwóch lat byłam na emeryturze. Po czterdziestu latach pracy w szkole marzyłam tylko o spokoju. Z mężem, Zbyszkiem, planowaliśmy wyjazd nad morze – pierwszy raz od dekady. Ale ten telefon…

– Agnieszko, przecież już wam pomagaliśmy. W zeszłym miesiącu przelaliśmy wam tysiąc złotych…

– Ale to nic nie zmieniło! – przerwała mi córka. – Kredyt rośnie, rata za mieszkanie… A wy? Wy sobie jeździcie po sanatoriach, kupujecie nowe meble…

Poczułam ukłucie winy. Czy naprawdę byłam aż tak samolubna? Przecież przez całe życie wszystko było dla dzieci. Nowe buty? Najpierw dla nich. Wakacje? Tylko jeśli starczyło po opłaceniu podręczników i korepetycji.

Zbyszek wszedł do kuchni i spojrzał na mnie pytająco. Zakryłam dłonią mikrofon telefonu.

– Znowu Agnieszka? – westchnął ciężko. – Powiedz jej, że nie mamy już z czego.

Ale jak miałam to powiedzieć własnej córce? Przecież pamiętałam, jak płakała po nocach, kiedy jej mąż stracił pracę. Jak sama nosiła zakupy przez pół miasta, żeby oszczędzić na bilecie autobusowym.

– Mamo… – głos Agnieszki złagodniał. – Ja wiem, że to nie wasza wina. Ale czasem mam wrażenie, że wy się po prostu cieszycie życiem, a my… my tonimy w długach.

Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Zbyszek próbował mnie pocieszyć:

– Muszą sobie radzić sami. My też nie mieliśmy lekko.

Ale czy to była prawda? Czy naprawdę nie powinnam pomagać? Przecież to moje dziecko. Moja krew.

Wieczorem przyszła druga córka, Kasia. Przyniosła ciasto i uśmiechnęła się szeroko:

– Mamo, tato! Jak tam plany na wyjazd?

Zbyszek rozpromienił się:

– Już prawie wszystko załatwione! W końcu trochę odpoczniemy.

Ale ja nie mogłam się cieszyć. W głowie wciąż słyszałam słowa Agnieszki: „Wy się bawicie, a my tonimy w długach”.

Kasia zauważyła moją minę:

– Coś się stało?

Opowiedziałam jej o telefonie siostry. Kasia wzruszyła ramionami:

– Mamo, nie możesz brać wszystkiego na siebie. Agnieszka zawsze była roszczeniowa. Ile razy już jej pomagaliście?

– Ale ona naprawdę ma ciężko…

– A ty nie miałaś? Pamiętasz, jak tata zachorował i musiałaś pracować na dwa etaty? Jakoś sobie poradziliście.

Te słowa zabolały mnie bardziej niż chciałam przyznać. Czy rzeczywiście byłam zbyt miękka? Czy pozwoliłam Agnieszce uwierzyć, że zawsze ją uratuję?

Nocą nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit i liczyłam pieniądze w głowie: emerytura moja i Zbyszka ledwo starczała na rachunki i leki. A jednak…

Rano zadzwoniłam do Agnieszki.

– Córeczko… Przemyślałam wszystko. Możemy wam pomóc jeszcze tym razem, ale potem musicie sami znaleźć rozwiązanie.

W słuchawce zapadła cisza.

– Dziękuję, mamo – wyszeptała Agnieszka. – Przepraszam, że tak na was naciskałam.

Po tej rozmowie poczułam ulgę… i smutek jednocześnie. Bo wiedziałam, że to nie koniec. Że za miesiąc czy dwa znów zadzwoni telefon i znów będę musiała wybierać między własnym spokojem a losem dziecka.

Zbyszek był zły:

– Ile razy jeszcze dasz się wciągnąć w ich problemy? Kiedy wreszcie pomyślisz o sobie?

Nie umiałam odpowiedzieć. Bo czy matka kiedykolwiek przestaje być matką?

Tydzień później siedzieliśmy z Zbyszkiem na ławce w parku. Patrzyliśmy na dzieci bawiące się na placu zabaw.

– Pamiętasz, jak nasze dziewczynki były małe? – zapytałam cicho.

– Pamiętam – uśmiechnął się smutno. – I pamiętam też, jak obiecałem sobie, że kiedyś odpoczniemy.

Spojrzałam na niego i poczułam łzy pod powiekami.

– Może to już czas pomyśleć o sobie? – szepnął Zbyszek.

Ale czy potrafię?

Czasem zastanawiam się: czy prawo do szczęścia na starość to egoizm? Czy matka może przestać ratować dorosłe dzieci bez wyrzutów sumienia? A może po prostu musimy nauczyć się żyć z tymi pytaniami…