Moja córka prawie urodziła w kuchni, bo gotowała obiad dla męża. Czy naprawdę tak wygląda miłość?

— Mamo, jeszcze chwilę, tylko dokończę ziemniaki — usłyszałam zza kuchennego blatu głos mojej córki, Agnieszki. Stała tam, z brzuchem tak wielkim, że aż trudno było uwierzyć, że jeszcze nie rodzi. Pot lał się jej po czole, a ona z uporem mieszała w garnku. — Aga, błagam cię, jedziemy do szpitala! — powtarzałam już chyba piąty raz. Ale ona tylko zaciskała zęby i powtarzała: — Damian będzie głodny po pracy. Muszę mu zrobić obiad.

W tamtej chwili poczułam coś, czego nie umiem nazwać. Gniew? Bezsilność? Może jedno i drugie. Przecież to nie był pierwszy raz, kiedy Agnieszka stawiała potrzeby Damiana ponad swoje. Ale tym razem to było już za dużo. Widziałam jej ból, widziałam jak co chwilę łapie się za brzuch i przymyka oczy. Skurcze były coraz częstsze. — Aga, przestań! Damian sobie poradzi! — krzyknęłam ostrzej niż zamierzałam.

Spojrzała na mnie z wyrzutem. — Ty nic nie rozumiesz, mamo. On ciężko pracuje. Ja… ja muszę być dobrą żoną.

Wtedy pękło mi serce. Przypomniałam sobie własne małżeństwo z jej ojcem. Te wszystkie lata, kiedy gotowałam, sprzątałam, dbałam o wszystko i wszystkich, a potem zostałam sama z chorobą i pustką. Przysięgłam sobie wtedy, że moja córka będzie miała inne życie. Że będzie szczęśliwa.

Ale teraz patrzyłam na nią i widziałam siebie sprzed lat.

— Agnieszka, posłuchaj mnie — powiedziałam już spokojniej. — Twoje zdrowie jest ważniejsze niż obiad dla Damiana. On powinien być tutaj z tobą!

Odpowiedziała tylko cichym szeptem: — On nie lubi szpitali.

Wtedy zadzwonił telefon. Damian. — Aga, będziesz miała gotowy obiad? Bo jestem padnięty i nie mam siły na żadne kanapki — usłyszałam przez głośnik.

Agnieszka spojrzała na mnie błagalnie. — Mamo, proszę… jak mnie nie będzie, możesz mu podać obiad?

Nie wytrzymałam. — Damian! Twoja żona rodzi! — wrzasnęłam do słuchawki. — Jeśli ci zależy na niej choć trochę, to natychmiast wracaj do domu albo jedź do szpitala!

Rozłączył się bez słowa.

Zawinęłam Agnieszkę w płaszcz i niemal siłą wyprowadziłam do samochodu. W drodze do szpitala płakała cicho. — Mamo… czy możesz przez kilka dni gotować Damianowi? On nie umie nawet zagotować wody…

Poczułam się jakby ktoś mnie uderzył w twarz. — Aga, a kto zadba o ciebie? Kto zadba o twoje dziecko?

Milczała długo. W końcu wyszeptała: — Może ja po prostu nie umiem być inna…

W szpitalu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Agnieszka urodziła zdrową dziewczynkę. Damian pojawił się dopiero następnego dnia rano, z miną obrażonego chłopca.

Przez kolejne dni byłam przy Agnieszce niemal cały czas. Pomagałam jej przy dziecku, gotowałam obiady dla Damiana, który nawet nie zapytał mnie ani razu jak się czuję czy czy czegoś potrzebuję. Widziałam jak moja córka gaśnie z dnia na dzień, jak jej oczy tracą blask.

Pewnego wieczoru usiadłyśmy razem przy oknie szpitalnej sali.

— Mamo… czy ja naprawdę muszę tak żyć? Czy to jest miłość?

Objęłam ją mocno. — Kochanie, miłość to nie poświęcenie siebie do końca. Miłość to wzajemność. Ty też jesteś ważna.

Ale wiedziałam, że to nie takie proste. Wychowana w domu, gdzie kobieta zawsze była na drugim miejscu, Agnieszka nie znała innego wzorca.

Po powrocie do domu wszystko wróciło do „normy”. Damian wracał z pracy i rzucał torbę na podłogę: — Obiad jest? Dziecko śpi? Pranie zrobione?

Agnieszka biegała między kuchnią a łóżeczkiem, coraz bardziej zmęczona i przygaszona.

Któregoś dnia nie wytrzymałam.

— Damian! Czy ty w ogóle widzisz swoją żonę? Czy ty ją kochasz?

Spojrzał na mnie zdziwiony: — No przecież wszystko jest jak trzeba.

Agnieszka stała obok mnie i patrzyła w podłogę.

— Aga… musisz coś zmienić — powiedziałam cicho.

Ale ona tylko wzruszyła ramionami.

Czasem myślę, że najgorsze w byciu matką jest patrzenie na cierpienie własnego dziecka i niemoc, by je uratować przed samym sobą.

Dziś siedzę sama w kuchni i zastanawiam się: czy naprawdę wychowałam córkę do tego, by była szczęśliwa? Czy może powieliłam własne błędy?

Czy miłość zawsze musi oznaczać rezygnację z siebie? A może czasem trzeba nauczyć się kochać… także siebie?