Sama na podwórku: Jak przetrwałam jako samotna matka w małym mazowieckim miasteczku

– Znowu przyszła sama? – usłyszałam za plecami, kiedy przechodziłam przez podwórko z siatką pełną zakupów i moim czteroletnim synkiem, Antosiem, trzymającym mnie kurczowo za rękę. Głos należał do pani Haliny, sąsiadki z naprzeciwka, która nigdy nie przepuściła okazji, by wbić mi szpilę. – Bez ojca to dziecko na pewno wyrośnie na łobuza – dodała ciszej, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszała.

Zacisnęłam zęby i przyspieszyłam kroku. W głowie dudniło mi od pytań: czy naprawdę wszyscy tak myślą? Czy jestem aż taką porażką? Przecież nie chciałam tego wszystkiego. Nie planowałam zostać sama. Ale życie nie pyta o plany.

Mój świat rozpadł się trzy lata temu, kiedy Bartek – ojciec Antosia – spakował walizkę i wyjechał do Niemiec „za pracą”. Najpierw dzwonił codziennie, potem raz w tygodniu, aż w końcu przestał odbierać moje telefony. Zostawił mnie z kredytem na mieszkanie, dzieckiem i tysiącem pytań bez odpowiedzi. Mama płakała po nocach, tata patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym to ja była winna, że Bartek odszedł.

– Gdybyś była lepszą żoną, nie uciekłby – powiedziała mi kiedyś ciotka Zosia na rodzinnej kolacji. – Faceci nie odchodzą bez powodu.

Nie odpowiedziałam. Wtedy jeszcze wierzyłam, że może wróci. Że może wszystko się ułoży. Ale z każdym miesiącem czułam się coraz bardziej przezroczysta. W sklepie panie szeptały za moimi plecami. Na placu zabaw inne matki patrzyły na mnie z mieszaniną litości i pogardy. Nawet w kościele czułam na sobie spojrzenia.

Najgorsze były wieczory. Kiedy Antoś zasypiał, siadałam przy kuchennym stole i płakałam w ciszy. Czułam się jak wyrzutek. Jakbym zrobiła coś niewybaczalnego. A przecież jedyną moją „winą” było to, że zostałam sama.

Pewnego dnia Antoś wrócił z przedszkola zapłakany.

– Mamusiu, dlaczego inne dzieci mają tatusiów, a ja nie?

Zatkało mnie. Próbowałam coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle. Przytuliłam go mocno i obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę mu poczuć się gorszym.

Zaczęłam szukać pracy. W małym miasteczku to niełatwe – wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Próbowałam w sklepie spożywczym, ale właścicielka powiedziała mi prosto w oczy:

– Pani Aniu, ja rozumiem pani sytuację, ale wie pani… ludzie gadają. Nie chcę problemów.

W końcu dostałam pracę jako sprzątaczka w szkole podstawowej. Nie była to praca marzeń, ale dawała mi poczucie niezależności. Każdego ranka budziłam się przed świtem, szykowałam Antosia do przedszkola i biegłam do pracy. Czasem byłam tak zmęczona, że zasypiałam na stojąco przy zlewie.

Rodzina nie pomagała. Mama powtarzała:

– Może jeszcze Bartek wróci? Może powinnaś do niego zadzwonić?

Tata milczał albo rzucał kąśliwe uwagi o „dzisiejszych kobietach”.

Najbardziej bolało mnie to, że nikt nie pytał, jak się czuję. Nikt nie zapytał, czy daję sobie radę. Każdy miał gotową opinię: sama sobie winna.

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka Kasia. Zawsze była trochę inna niż reszta – uśmiechnięta, otwarta.

– Anka, chodź na kawę – zaproponowała.

Siedziałyśmy w jej kuchni, a ona słuchała mnie bez oceniania. Po raz pierwszy od dawna poczułam się wysłuchana.

– Wiesz co? – powiedziała nagle Kasia. – Ludzie zawsze będą gadać. Ale to twoje życie. I twój syn. Nie pozwól im decydować za ciebie.

Te słowa długo we mnie rezonowały. Zrozumiałam wtedy, że nie mogę żyć dla innych. Że muszę być silna dla siebie i dla Antosia.

Zaczęłam powoli odbudowywać swoje życie. Zapisałam się na kurs komputerowy w pobliskiej bibliotece. Poznałam kilka kobiet w podobnej sytuacji – okazało się, że nie jestem jedyna. Razem stworzyłyśmy małą grupę wsparcia. Spotykałyśmy się raz w tygodniu na herbacie i rozmawiałyśmy o wszystkim: o dzieciach, pracy, marzeniach i strachu przed przyszłością.

Z czasem plotki ucichły. Ludzie przyzwyczaili się do tego, że Anka z bloku wychowuje syna sama i jakoś sobie radzi. Nawet pani Halina zaczęła mówić mi „dzień dobry” bez złośliwego uśmieszku.

Najtrudniejsze były jednak święta i rodzinne uroczystości. Wszyscy patrzyli na mnie jak na kogoś „niepełnego”.

– A może byś sobie kogoś znalazła? – rzuciła kiedyś babcia podczas Wigilii.
– Po co ci tak samej?

Uśmiechnęłam się tylko i nalałam sobie kompotu z suszu.

Dziś jestem dumna z tego, kim jestem i jaką drogę przeszłam. Antoś jest szczęśliwym dzieckiem – ciekawym świata, uśmiechniętym i pełnym energii. Czasem pytam siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy gdybym była bardziej uległa albo mniej uparta, Bartek by został?

Ale potem patrzę na mojego syna i wiem jedno: nie muszę nikomu niczego udowadniać poza sobą samą.

Czy naprawdę samotność jest czymś złym? Czy to społeczeństwo powinno decydować o moim szczęściu? Może czas przestać się bać i zacząć żyć po swojemu?