Kołyska wspomnień: Jak jeden wózek podzielił moją rodzinę
– Oddasz mi ten wózek czy nie? – głos Magdy drżał, choć starała się brzmieć stanowczo. Stałyśmy naprzeciwko siebie w mojej kuchni, a między nami – niewidzialna przepaść. Za oknem padał deszcz, krople bębniły o parapet, jakby chciały zagłuszyć nasze myśli.
Wózek stał w kącie salonu, przykryty starą narzutą. Zielony, z wyblakłym wzorem misiów, pamiętał czasy, gdy jeszcze wierzyłam, że wszystko w życiu można naprawić rozmową i czułością. To w nim woziłam Zosię, zanim świat się zawalił.
– Magda, to nie takie proste – wyszeptałam, czując, jak ściska mnie w gardle. – Wiesz, co on dla mnie znaczy.
– To tylko rzecz! – syknęła. – Moja Ola lada dzień rodzi. Ty nie masz już dziecka, po co ci on?
Zamknęłam oczy. W głowie rozbrzmiewały mi słowa lekarza sprzed trzech lat: „Przykro mi, pani Marto, ale ciąża obumarła”. Potem był szpital, cisza w domu i ten wózek – pusty, czekający na cud, który nigdy nie nadszedł.
Magda nie rozumiała. Nigdy nie straciła dziecka. Miała dwójkę zdrowych synów i teraz jej córka miała zostać matką. W ich domu życie płynęło dalej, u mnie zatrzymało się na tamtym dniu.
– Marto, proszę cię – głos siostry złagodniał. – Ola nie ma pieniędzy na nowy wózek. Ty możesz pomóc.
Wiedziałam, że powinnam. Przecież to tylko przedmiot. Ale dla mnie był wszystkim, co zostało po Zosi. Każda rysa na rączce przypominała mi jej maleńkie paluszki zaciskające się na moim kciuku. Każda plama na materiale to wspomnienie spacerów po parku, śmiechu i nadziei.
– Daj mi czas do jutra – poprosiłam.
Magda westchnęła ciężko i wyszła bez słowa. Zostałam sama z narastającym poczuciem winy i żalu.
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Martusia, Magda mówiła…
– Wiem – przerwałam jej. – Zastanawiam się.
– Kochanie, Ola naprawdę potrzebuje tego wózka. Ty już go nie użyjesz…
Zacisnęłam powieki. Mama zawsze była po stronie Magdy. Ja byłam tą „delikatną”, „wrażliwą”, „trudną”.
– Mamo, to nie takie proste – powtórzyłam.
– Życie toczy się dalej – powiedziała cicho. – Nie możesz wiecznie żyć przeszłością.
Po rozmowie długo siedziałam w ciemności. Próbowałam sobie wyobrazić Olę pchającą ten wózek przez osiedle. Czy czułabym ulgę? Dumę? A może pustkę?
Następnego dnia Magda przyszła z Olą. Dziewczyna była blada, zmęczona ciążą i stresem. Patrzyła na mnie z nadzieją i nieśmiałością.
– Ciociu… bardzo by mi to pomogło – szepnęła.
Spojrzałam na nią i poczułam ukłucie współczucia. Przecież ona niczemu nie była winna.
– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Zabierzcie go.
Magda odetchnęła z ulgą i rzuciła mi się na szyję.
– Dziękuję! Wiedziałam, że zrozumiesz!
Ola uśmiechnęła się przez łzy.
Kiedy wynosiły wózek z mieszkania, miałam ochotę krzyczeć. Każdy ich krok odbijał się echem w moim sercu. Gdy drzwi się zamknęły, upadłam na podłogę i płakałam długo jak dziecko.
Przez kolejne tygodnie unikałam rodziny. Mama dzwoniła codziennie, Magda wysyłała zdjęcia Oli z noworodkiem w moim dawnym wózku. Każde powiadomienie bolało jak szpilka.
Pewnego dnia spotkałam Magdę na rynku.
– Marto… wszystko dobrze? – zapytała ostrożnie.
– Tak – skłamałam.
– Ola bardzo ci dziękuje. Wózek jest cudowny…
Nie wytrzymałam.
– Dla ciebie to tylko rzecz! Dla mnie to było wszystko! – wybuchłam.
Ludzie zaczęli się oglądać. Magda pobladła.
– Przepraszam… nie rozumiałam…
Odeszłam bez słowa.
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Martusia… może powinnaś porozmawiać z kimś? Psycholog by ci pomógł…
Zawahałam się. Może rzeczywiście utknęłam w przeszłości? Może oddanie wózka było początkiem końca żałoby?
Minęły miesiące. Relacje z siostrą ochłodziły się na dobre. Ola czasem pisze do mnie zdjęcia małej Hani w tym samym wózku. Patrzę na nie z mieszanką bólu i dumy.
Czasem myślę: czy mogłam postąpić inaczej? Czy oddanie tego wózka naprawdę było konieczne? A może powinnam była walczyć o swoje wspomnienia?
Czy rzeczywiście można zamknąć przeszłość jednym gestem? A może są przedmioty, których nigdy nie powinniśmy oddawać?