Zdradził mnie przez lata, a prawda wyszła na jaw przez jedno zdjęcie. Czy można wybaczyć taką zdradę?

– Spójrz, nie kojarzysz go przypadkiem? – napisała Janina, dołączając zdjęcie na Messengerze. Był późny wieczór, dzieci już spały, a ja z kubkiem herbaty przeglądałam wiadomości. Zwykłe selfie z wakacji: morze w tle, zachód słońca, dwie kobiety w strojach kąpielowych i… mężczyzna w ciemnej kurtce, uchwycony z profilu. Zamarłam. Ta kurtka – dokładnie taka samą miał Martin. Ten sam krój, ten sam zamek, nawet ta charakterystyczna naszywka na ramieniu.

Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Przecież Martin miał być wtedy na delegacji w Poznaniu. Przysięgał, że nie znosi morza. A jednak…

– Janina, kto to jest? – napisałam szybko.

– Nie wiem, poznałyśmy go z Anką na plaży. Fajny facet, dużo opowiadał o podróżach. Ale miał obrączkę…

Obrączka. Mój świat zaczął się chwiać. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko przypadek, ktoś podobny. Ale im dłużej patrzyłam na zdjęcie, tym bardziej byłam pewna – to był Martin. Mój mąż od piętnastu lat.

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde wspomnienie, każdą delegację, każdy weekendowy wyjazd „służbowy”. Czy naprawdę przez tyle lat byłam ślepa? Czy on naprawdę był aż tak dobrym aktorem?

Rano spojrzałam na niego inaczej. Siedział przy stole, jadł jajecznicę i przeglądał wiadomości na telefonie.

– Dobrze spałaś? – zapytał z uśmiechem.

– Tak… – odpowiedziałam cicho, czując jak łzy napływają mi do oczu.

Przez cały dzień chodziłam jak struta. W pracy nie mogłam się skupić, koleżanki pytały, czy wszystko w porządku. W końcu zadzwoniłam do Janiny.

– Jesteś pewna, że to było w zeszłym tygodniu?

– Tak, przecież wróciłyśmy w sobotę. A co się stało?

– Nic… chyba po prostu mi się wydawało – skłamałam.

Wieczorem postanowiłam sprawdzić jego rzeczy. Zawsze ufałam Martinowi bezgranicznie, nigdy nie grzebałam mu w telefonie ani w szafkach. Teraz czułam się jak detektyw we własnym domu. W kieszeni kurtki znalazłam paragon z nadmorskiej restauracji – data zgadzała się z wyjazdem Janiny.

Wtedy już wiedziałam na pewno.

Przez kolejne dni obserwowałam go uważnie. Każdy gest wydawał mi się podejrzany. Każde spojrzenie – fałszywe. Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej ignorowałam: późne powroty z pracy, nagłe wyjazdy „na szkolenia”, tajemnicze rozmowy przez telefon.

W końcu nie wytrzymałam.

– Martin, musimy porozmawiać – powiedziałam pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– O co chodzi?

– Byłeś nad morzem w zeszłym tygodniu?

Zbladł. Przez chwilę milczał.

– Skąd wiesz?

– Janina wysłała mi zdjęcie. Poznałam twoją kurtkę.

Usiadł ciężko na krześle i ukrył twarz w dłoniach.

– Przepraszam… Nie chciałem cię skrzywdzić…

– Jak długo mnie zdradzasz?

Cisza. Potem cichy szept:

– Od kilku lat…

Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Wszystko zaczęło wirować.

– Dlaczego? – zapytałam drżącym głosem.

– Sam nie wiem… To się po prostu stało. Najpierw była jedna kobieta, potem kolejna… Czułem się niedoceniany, samotny…

Zacisnęłam pięści.

– A ja? Ja też byłam samotna! Ale nie szukałam pocieszenia u innych!

Martin płakał. Ja też płakałam. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak cienie. Dzieci niczego nie zauważyły – starałam się być silna dla nich. Ale nocami płakałam w poduszkę, czując się upokorzona i zdradzona.

Mama próbowała mnie pocieszać:

– Może wybaczysz? Dla dzieci…

Ale czy można wybaczyć coś takiego? Czy można zaufać komuś, kto przez lata prowadził podwójne życie?

Martin błagał o drugą szansę. Pisał listy, kupował kwiaty, obiecywał terapię małżeńską.

– Kocham cię – powtarzał codziennie.

Ale ja już nie wiedziałam, czy jeszcze go kocham.

Pewnego dnia znalazłam w szafie jego stary sweter – ten, który nosił na naszej pierwszej randce. Usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Przypomniałam sobie wszystkie wspólne chwile: narodziny dzieci, wakacje nad jeziorem, święta u teściów… Czy to wszystko było kłamstwem?

Próbowałam rozmawiać z przyjaciółkami.

– Ja bym nie wybaczyła – powiedziała Anka stanowczo.

– Ludzie popełniają błędy… – dodała Magda cicho.

Każdy miał inne zdanie. Ja czułam się coraz bardziej zagubiona.

Dzieci zaczęły coś podejrzewać.

– Mamo, dlaczego tata śpi na kanapie? – zapytała Zosia pewnego ranka.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Minęły tygodnie. Martin chodził jak cień samego siebie. Schudł, przestał się uśmiechać. Widziałam jego rozpacz i poczucie winy – ale czy to wystarczy?

W końcu podjęłam decyzję: rozstajemy się. Nie potrafiłam już mu zaufać. Spakował walizki i wyprowadził się do wynajętego mieszkania na drugim końcu miasta.

Dzieci płakały. Ja płakałam razem z nimi. Ale wiedziałam, że to jedyne wyjście.

Dziś mija pół roku od tamtego dnia. Nadal boli. Czasem budzę się w nocy i pytam sama siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była walczyć o naszą rodzinę?

A może są rzeczy, których po prostu nie da się wybaczyć?

Czy zdrada zawsze musi oznaczać koniec wszystkiego? Co wy byście zrobili na moim miejscu?