Trzydzieści lat byłam tylko synową. Prawda, którą odkryłam po śmierci teściowej, zmieniła wszystko

— Znowu nie posoliłaś ziemniaków, Aniu. — Głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. — Przepraszam, zapomniałam — odpowiedziałam cicho, choć w środku krzyczałam. Ile razy jeszcze będę musiała przepraszać za rzeczy, które dla niej nigdy nie były wystarczająco dobre?

Trzydzieści lat temu weszłam do tego domu jako młoda dziewczyna zakochana w Piotrze. Miałam nadzieję, że znajdę tu rodzinę, której zawsze mi brakowało. Moja mama zmarła, gdy miałam piętnaście lat, a ojciec szybko się ożenił ponownie i zniknął w nowym życiu. Kiedy Piotr przedstawił mnie swojej mamie, pani Zofia spojrzała na mnie z chłodnym uśmiechem i powiedziała: — Obyś była lepsza od poprzedniej narzeczonej.

Wtedy nie rozumiałam, jak bardzo te słowa będą mnie prześladować. Przez lata starałam się zasłużyć na jej akceptację. Gotowałam jej ulubione dania, sprzątałam dom tak, jak lubiła, nawet nosiłam bluzki w kolorach, które uważała za odpowiednie dla „porządnej kobiety”. Ale zawsze znalazła coś, co mogłam zrobić lepiej. — Gdybyś tylko była bardziej jak Basia — powtarzała czasem, wspominając swoją córkę, która wyjechała do Niemiec i od lat nie odwiedzała domu.

Piotr był między nami. Kochał mnie, ale nie potrafił się przeciwstawić matce. — Daj spokój, Aniu, mama już taka jest — mówił wieczorami, gdy płakałam w poduszkę. — Ona cię lubi, tylko nie umie tego okazać.

Ale ja czułam się niewidzialna. Byłam synową — nigdy córką. Nawet kiedy urodził się nasz syn Michał i myślałam, że może wtedy coś się zmieni, usłyszałam tylko: — Dobrze, że chłopak. Przynajmniej nazwisko zostanie.

Lata mijały w rytmie codziennych obowiązków i cichych pretensji. Teściowa chorowała coraz częściej, a ja opiekowałam się nią jak własną matką. Karmiłam ją zupą, podawałam leki, zmieniałam pościel. Nigdy nie usłyszałam „dziękuję”.

Pewnego wieczoru Piotr wrócił do domu blady jak ściana. — Mama nie żyje — powiedział tylko i osunął się na krzesło. Poczułam ulgę i wstyd jednocześnie. Ulgę, że już nie będę musiała walczyć o jej uznanie. Wstyd, że tak myślę.

Po pogrzebie zostały mi tylko wspomnienia i stary kredens pełen papierów. Sprzątałam jej pokój, kiedy znalazłam zeszyt z pożółkłymi kartkami. Na pierwszej stronie widniało moje imię: „Anna”.

Z drżącymi rękami zaczęłam czytać:

„Nie rozumiem tej dziewczyny. Stara się, ale wszystko robi inaczej niż ja bym chciała. Może to ja jestem za surowa? Czasem widzę w niej siebie sprzed lat i boję się, że powtórzy moje błędy.”

Przewracałam kolejne strony:

„Dziś Ania podała mi rosół taki jak lubię. Nie powiedziałam jej tego — głupio mi było przy Piotrze. Może powinnam być dla niej milsza?”

„Ania opiekuje się mną lepiej niż Basia by potrafiła. Ale nie umiem jej tego powiedzieć.”

Łzy kapały mi na kartki zeszytu. Przez trzydzieści lat żyłam w przekonaniu, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. A ona… Ona też walczyła ze swoimi demonami.

Wieczorem usiadłam z Piotrem przy stole.
— Znalazłam zeszyt twojej mamy — powiedziałam cicho.
— Co tam było?
— Prawda… O nas obu.

Piotr objął mnie pierwszy raz od miesięcy tak mocno, że poczułam się bezpieczna.

Michał zadzwonił następnego dnia:
— Mamo, jak się trzymasz?
— Lepiej… Chyba lepiej niż przez ostatnie trzydzieści lat.

Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: Dlaczego tak trudno nam mówić o uczuciach? Ile bólu można by uniknąć, gdybyśmy potrafili być szczerzy? Czy wy też macie w rodzinie niewypowiedziane słowa i tajemnice, które zmieniają wszystko?