Kiedy dom się wali: Historia ojca z Krakowa, który musiał zacząć wszystko od nowa

– Tato, dlaczego mama już nie wróci? – zapytała cicho Zosia, ściskając mnie za rękę tak mocno, że aż zbielały jej palce. Stałem wśród resztek naszego życia – kartony, torby, kilka worków z ubraniami. Za plecami miałem zamknięte na głucho drzwi mieszkania, które jeszcze rano było naszym domem. Teraz już nie było niczego.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W gardle miałem gulę, a w oczach piekły mnie łzy, które za wszelką cenę próbowałem ukryć przed dziećmi. Szymek stał obok, z opuszczoną głową, kopiąc czubkiem buta kawałek lodu. W powietrzu unosił się zapach zimy i wilgoci – tej samej, która od miesięcy wżerała się w ściany naszego mieszkania i w nasze życie.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Najpierw były kłótnie – coraz częstsze, coraz głośniejsze. Marta mówiła, że nie wytrzymuje już tej ciasnoty, braku pieniędzy, mojej pracy na trzy zmiany i wiecznego zmęczenia. Ja próbowałem tłumaczyć, że robię wszystko, co mogę. Ale ona miała dość. Pewnego dnia po prostu spakowała walizkę i wyszła. Zostawiła mi dzieci i pustkę, której nie potrafiłem wypełnić.

Przez jakiś czas jeszcze jakoś sobie radziliśmy. Ale potem przyszło wypowiedzenie z pracy – redukcja etatów w fabryce. Z dnia na dzień zostałem bez środków do życia. Oszczędności stopniały szybciej niż śnieg na dachu starej kamienicy. Zaległości w czynszu rosły, a właściciel mieszkania nie miał litości.

– Panie Rafale, ja rozumiem sytuację, ale ja też muszę z czegoś żyć – powiedział mi któregoś dnia pan Marian, właściciel mieszkania. – Jeśli do końca miesiąca nie ureguluje pan zaległości, będę musiał pana wyeksmitować.

Wiedziałem, że nie żartuje. Próbowałem wszystkiego – dorywcze prace, pomoc społeczna, nawet pożyczka od sąsiadki pani Haliny. Ale to było za mało.

I tak oto znaleźliśmy się na klatce schodowej z całym naszym dobytkiem. Zosia płakała cicho, Szymek milczał. Ja czułem się jak wrak człowieka.

– Tato, gdzie teraz pójdziemy? – zapytał Szymek.

Nie miałem pojęcia. Przez chwilę rozważałem noclegownię dla bezdomnych albo schronisko Caritasu. Ale bałem się o dzieci – o to, co tam zobaczą i przeżyją.

Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Drzwi naprzeciwko otworzyły się i wyszła pani Halina.

– Rafale, co ty tu robisz z dziećmi? – zapytała z troską.

Opowiedziałem jej wszystko jednym tchem. Nie przerywała mi ani razu. Potem spojrzała na mnie uważnie i powiedziała:

– Chodźcie do mnie na herbatę. Zobaczymy, co da się zrobić.

To była pierwsza noc od dawna, kiedy dzieci spały spokojnie. Pani Halina oddała nam swój pokój gościnny i zrobiła kolację z tego, co miała w lodówce. Siedzieliśmy przy stole i przez chwilę poczułem coś na kształt nadziei.

Następnego dnia zaczęła działać cała klatka schodowa. Pani Halina zadzwoniła do swojej córki, która pracowała w MOPS-ie. Sąsiad z góry znalazł mi dorywczą pracę przy remontach. Ktoś przyniósł ubrania dla dzieci, ktoś inny starego laptopa do nauki dla Szymka.

Nie było łatwo przyjąć tę pomoc. Czułem się upokorzony i bezradny. Ale patrząc na dzieci wiedziałem, że nie mam wyboru.

Przez kolejne tygodnie uczyłem się prosić o wsparcie i je przyjmować. Zosia zaczęła chodzić do nowego przedszkola, Szymek powoli odzyskiwał radość życia. Ja łapałem każdą pracę – malowanie mieszkań, naprawy hydrauliczne, nawet roznoszenie ulotek.

Czasem wieczorami siadałem na łóżku i myślałem o Marcie. Czy żałuje? Czy tęskni za dziećmi? Próbowała dzwonić kilka razy, ale nie miałem siły odbierać telefonu.

Najtrudniejsze były święta Bożego Narodzenia. Dzieci pytały o mamę, a ja nie potrafiłem im odpowiedzieć szczerze. W Wigilię przyszli sąsiedzi z opłatkiem i prezentami dla dzieci. Płakałem wtedy jak dziecko – pierwszy raz od lat nie ze wstydu czy rozpaczy, ale z wdzięczności.

Dziś minął już rok od tamtego dnia na klatce schodowej. Nadal mieszkamy u pani Haliny, ale powoli odkładam pieniądze na własne mieszkanie socjalne. Dzieci są szczęśliwe – przynajmniej tak mi się wydaje.

Czasem zastanawiam się: czy dom to tylko cztery ściany? Czy może ludzie wokół nas tworzą prawdziwy dom? Czy gdyby nie pomoc sąsiadów i obcych ludzi, dałbym radę przetrwać?

Może każdy z nas może być czyjąś ostatnią deską ratunku? Jak myślicie?